Empatia, która spala – i empatia, która leczy

Jak czuć głęboko, ale nie tracić siebie

Czuć razem z drugim człowiekiem to jeden z najpiękniejszych darów, jakie mamy. To dzięki empatii możliwe jest rozpoznanie bólu w oczach, zanim pojawią się łzy. Czasem wystarczy spojrzenie, milczenie, gest – i już wiadomo, co dzieje się w sercu drugiej istoty. Ale co się dzieje, gdy to, co się czuje, zaczyna przygniatać? Gdy wchodzi się w emocje drugiego człowieka tak głęboko, że trudno powiedzieć, gdzie kończy się on/a, a zaczynasz się Ty?

Wiele osób wrażliwych – artystów, terapeutów, tych, którzy noszą otwarte serca – doświadcza tego stanu niemal codziennie. Nazywamy to empatią, ale to, co czasem uznawane jest za dar, bywa też pułapką. Aby go naprawdę unieść, warto zrozumieć, że istnieją dwa różne oblicza empatii: emocjonalna i funkcjonalna.

Empatia emocjonalna to głęboka, często nieświadoma identyfikacja z uczuciami drugiej osoby. To nie tylko rozpoznanie emocji – to ich przeżycie. Ktoś obok cierpi, a Ty nagle czujesz w swoim ciele jego ból. Ktoś odczuwa lęk, a w Tobie pojawia się napięcie, mimo że chwilę wcześniej był/a/eś spokojny/a. Niektórzy mówią wtedy o sobie „jestem gąbką”, inni „czuję wszystko za wszystkich”. Empatia emocjonalna nie pyta, czy jesteś gotów/a – po prostu wchodzi. To zdolność obecna w wielu ludziach od dzieciństwa, często dlatego, że musieli nauczyć się rozpoznawać emocje innych, by czuć się bezpiecznie. To dar przetrwania, ale też źródło zmęczenia i zagubienia siebie.

Zupełnie innym doświadczeniem jest empatia funkcjonalna – forma, która nie polega na przeżywaniu cudzych emocji, ale na ich rozumieniu i obecności przy nich. To miejsce, z którego można powiedzieć: „Widzę, co przeżywasz. Jestem obok”, nie tracąc przy tym kontaktu z samym_samą sobą. To postawa, w której nie tonie się, tylko potrafi być tratwą dla kogoś, kto chwilowo nie umie utrzymać się na powierzchni. Empatia funkcjonalna nie wymaga cierpienia, by była prawdziwa. To przestrzeń obecności – z otwartym sercem i silnym kręgosłupem.

Co odróżnia te dwa stany? Przede wszystkim to, co dzieje się po spotkaniu z emocją drugiej osoby. Jeśli po nim pojawia się zmęczenie, rozedrganie, wrażenie, że coś „przykleiło się” do Ciebie – prawdopodobnie była to empatia emocjonalna. Jeśli potrafisz wrócić do siebie, oddychać swobodnie i mieć jasność, nie zaprzeczając przy tym przeżyciom drugiej osoby – to znak, że poruszałeś_aś się w przestrzeni empatii funkcjonalnej.

Trudność polega na tym, że większość ludzi nie była uczona, jak rozróżniać te stany – ani jak się chronić. Wrażliwość bywała tłumiona („nie przesadzaj, nie bądź miękki/a”), albo wykorzystywana („czemu mnie nie wspierasz, przecież wiesz, co czuję”). Tymczasem prawdziwa siła empatii nie polega na tym, że bierze się wszystko na siebie – tylko na tym, że potrafi się być obecnym/ą bez rezygnacji z własnego centrum.

Empatia nie wymaga utożsamienia. Wymaga obecności.

Pierwszym krokiem jest świadomość. Warto nauczyć się rozpoznawać momenty, gdy to, co się czuje, nie należy do nas. Pytanie „czy czułem/am to jeszcze 10 minut temu?” albo „czy to uczucie pasuje do mojej sytuacji?” potrafi otworzyć drzwi do jasności. Czasem wystarczy chwila zatrzymania i świadomy oddech, by odróżnić swoje emocje od cudzych.

Co więc można zrobić, by empatia nie stawała się ciężarem?

Drugim krokiem jest powrót do ciała. Emocje innych najczęściej wchodzą przez głowę, ale osiadają w ciele. Kiedy pojawia się napięcie, którego nie sposób wyjaśnić, warto wrócić do zmysłów. Poczuj stopy na ziemi. Usiądź. Oddychaj tak, jakby ciało miało poczuć się bezpiecznie. To nie metafora – to neurobiologia. Świadomy oddech i uziemienie dezaktywują nadmierną aktywność neuronów lustrzanych, które odpowiadają za automatyczne współodczuwanie.

Trzecim krokiem jest symboliczna granica – wyobrażenie czegoś, co oddziela, ale nie zamyka. Może to być przezroczysta błona, lekka membrana wokół ciała. Coś, co nie tworzy muru, ale filtruje. To sposób na przywrócenie sobie wyboru: na co pozwalam, by weszło, a co zostaje poza mną. W empatii funkcjonalnej nie chodzi o odcięcie. Chodzi o świadome istnienie w relacji – bez rozpuszczania się.

Ostatni krok to rytuał – prosty gest, który pozwala wrócić do siebie. Może to być strząśnięcie dłoni, chwila ciszy, umycie twarzy lub wypowiedzenie słów: „Zwracam światu wszystko, co nie jest moje. Wracam do siebie.” Nie chodzi o formułę – chodzi o świadome domknięcie przestrzeni emocjonalnej.

I wreszcie – warto pamiętać, że to, że ktoś czuje głęboko, to nie słabość. Ale by naprawdę wspierać, kochać, tworzyć czy leczyć, potrzeba czegoś więcej niż tylko otwartego serca – potrzeba zakorzenienia w sobie.

Miłość nie polega na tym, że cierpimy z drugim człowiekiem. Miłość polega na tym, że potrafimy być obecni, gdy ktoś cierpi – nie tracąc siebie.

To nie chłód —> To dojrzałość.

To przestrzeń, w której drugi naprawdę może się oprzeć.

Scroll to Top