
Nie każde dziecko buja się z radości. Nie każdy ruch ciała jest zabawą. Wiele osób dorosłych pamięta, choć często z trudem to przyznają – długie godziny samotnego kołysania się na łóżku, siedzenia pod biurkiem i rytmicznego uderzania stopami o ścianę, leżenia w pozycji embrionalnej i przyciskania poduszki do krocza. Czasem nie pamiętają tego wcale – dopiero ciało przypomina sobie tamte schematy w momentach napięcia lub osamotnienia.
Autostymulacja w dzieciństwie, szczególnie ta o charakterze rytmicznym, to często wołanie o kontakt. To nie wynik “złych zachowań”, jak czasem próbowano to tłumaczyć, ale mechanizm radzenia sobie z brakiem obecności emocjonalnej. Ciało próbuje znaleźć rytm, którego nie dało otoczenie – kojący, obecny, żywy. To ruch zastępczy za brak kołysania na ramieniu, głosu, który mówi: “jesteś tu, widzę cię”.
Niektóre osoby wspominają, jak jako dzieci siadały w szafie lub kącie pokoju i zaczynały się kołysać do przodu i do tyłu, długo, aż ciało poczuło ulgę. Inne osoby pamiętają leżenie na brzuchu i napinanie nóg, zaciskanie ciała w powtarzalnym rytmie. Jeszcze inne przyciskały przedmioty między nogi lub ocierały się o koc, nie rozumiejąc, dlaczego to robią – wiedziały tylko, że to coś koi napięcie, sprawia, że nie czuć już tak bardzo tej pustki.
To, co z zewnątrz mogło wyglądać jak nawyk, wewnątrz było próbą odzyskania siebie. Próby te miały różną intensywność, czasem pojawiały się codziennie, czasem w momentach szczególnego stresu, niezrozumienia, osamotnienia. Niektóre dzieci starały się je ukrywać – czując, że to „coś nie tak”, inne były za małe, by zdawać sobie sprawę z czegokolwiek poza napięciem w ciele i chwilowym poczuciem ulgi.
Z czasem te zachowania mogły ewoluować. Dla części osób, które jako dzieci doświadczyły silnej deprywacji emocjonalnej, ciało stawało się jedynym źródłem kontaktu – ale i jedynym obszarem, nad którym można mieć kontrolę. W takich warunkach autostymulacja mogła przyjąć formę nadmiernie rozwiniętej aktywności seksualnej – ale nie jako wyraz dojrzałości, lecz raczej jako dalsze poszukiwanie bliskości przez znane już wcześniej mechanizmy napięcia i ulgi.
Wspomnienia te często niosą ze sobą wstyd – nieuświadomiony, ale obecny. Poczucie „dziwności”, że coś było „innego” w tym dzieciństwie. A przecież to nie ciało było problemem. Problemem był brak drugiego człowieka, który odpowiedziałby na emocjonalne potrzeby dziecka. Problemem był brak regulacji, czyli tego, co zdrowy dorosły robi w relacji z dzieckiem: widzi, rozumie, odpowiada.
Niektóre osoby do dziś doświadczają objawów, które w gabinecie terapeutycznym bywają mylone z ADHD, OCD, zaburzeniami opozycyjno-buntowniczymi, a nawet perwersjami. I owszem – chroniczna deprywacja emocjonalna może prowadzić do zaburzeń psychicznych. Ale zanim je nazwiemy, warto sięgnąć głębiej – zapytać: „Kiedy pierwszy raz czułe/a/m, że jestem sam/a/?”, „Jak moje ciało próbowało wtedy dać mi ulgę?”
Zrozumienie tego mechanizmu nie ma służyć usprawiedliwieniu wszystkiego, ale przywróceniu godności. Zamiast patrzeć na ciało jak na winowajcę – warto zobaczyć w nim sprzymierzeńca. To ciało próbowało cię chronić. Robiło to, co potrafiło najlepiej.
Na końcu tej opowieści nie ma prostego rozwiązania. Ale jest krok: nazwanie tego, co było – bez wstydu, bez moralizowania. Może to pierwszy raz, kiedy ktoś mówi ci: „To było normalne, że szukałe/a/ś kontaktu”.
I może po tym zdaniu nie trzeba od razu nic robić. Może wystarczy, że się zatrzymasz. Że przestaniesz walczyć ze swoim ciałem. Bo jeśli przez lata próbowało cię ukoić – może teraz warto je po prostu wysłuchać.


