
Niewielu ludzi wysoko empatycznych dociera na szczyty władzy. Nie dlatego, że są słabi czy niekompetentni, wręcz przeciwnie. Wspinają się szybko, bo widzą rzeczy, których inni nie dostrzegają. Widzą ludzi, procesy i napięcia zanim staną się problemem, reagują zanim coś się rozpadnie, biorą odpowiedzialność, której inni nie chcą lub nie potrafią wziąć. Ich działania nie wynikają z chęci zdobycia pozycji czy władzy, lecz z naturalnej potrzeby porządkowania, budowania i reagowania tam, gdzie jest to potrzebne. To właśnie sprawia, że znajdują się w miejscach, gdzie podejmuje się decyzje, i robią to, co trzeba, zanim inni zorientują się, że coś wymaga zaangażowania.
Na początku wszystko wydaje się proste i sensowne. Jest praca, są zadania, są wyzwania. Empatyczna osoba działa w przekonaniu, że inni funkcjonują z podobnych pobudek, że jeśli ktoś jest wysoko, to dlatego, że chce czegoś dobrego, że przywództwo oznacza odpowiedzialność, a nie dominację. To założenie wydaje się oczywiste, a świat w tym punkcie jeszcze pozwala wierzyć, że dobre intencje są wystarczające.
Z czasem pojawiają się jednak subtelne napięcia. Im wyżej, tym mniej rozmów o sensie, a coraz więcej o wpływie, strategiach i kontroli. Tam, gdzie empatia kieruje działaniem ku temu, co słuszne i potrzebne, władza rozgrywana jest jako gra, a ludzie traktowani są jak cyferki na arkuszu kalkulacyjnym. Zamiast otwartych konfliktów pojawia się cisza, która coś znaczy, niejasne gesty, decyzje podejmowane „dla dobra organizacji”, które w rzeczywistości służą utrzymaniu kontroli. Sabotaż wygląda jak przypadek, pomówienia krążą dyskretnie, decyzje o wykluczeniu przybierają formę „zwykłej procedury”. Wszystko jest miękkie i niewyraźne, trudne do nazwania, a jednak konsekwencje są realne i bolesne.
Empatyczna osoba długo tego nie rozumie, bo zakłada dobrą wolę, próbuje tłumaczyć, wchodzić w dialog, wyjaśniać, odpowiadać na niewypowiedziane oskarżenia. Z czasem rośnie zmęczenie, nie od nadmiaru pracy, lecz od poczucia, że grunt pod nogami przestaje być stabilny. To, co powinno być współpracą i zaufaniem, staje się polem, na którym trzeba balansować między własną integralnością a niezrozumiałymi oczekiwaniami innych. Zaangażowanie zaczyna być odbierane jako zagrożenie, troska o ludzi jako brak profesjonalizmu, uczciwość jako naiwność, niezależność jako niezdolność do współpracy. Cały świat empatii staje się polem konfliktu z rzeczywistością, która funkcjonuje według innych reguł.
Działanie z sercem i odpowiedzialnością zderza się z grą, której reguł empatia nie zna i których nie chce poznać, bo oznaczałyby zdradę samego siebie. W tym momencie staje się jasne, że dalsze pozostanie w systemie wymagałoby bycia kimś innym, człowiekiem, którego nie da się rozpoznać w lustrze, kimś, kto gotów jest manipulować, kalkulować, używać innych jako narzędzi, odsuwać serce, zastąpić je zimną kalkulacją. To nie jest gra, w którą można wejść „trochę” czy „od czasu do czasu”, to nie jest kompromis. To wymaga całkowitej zmiany, która zniszczyłaby wszystko, co definiuje człowieka empatycznego.
Świadomość, że mogłoby się wygrać, że mechanizmy są znane i zrozumiane, że umiejętności i wrażliwość pozwoliłyby rozegrać tę grę skutecznie, nie zmienia niczego. Cena zwycięstwa jest zbyt wysoka. Wygrana w tym systemie oznaczałaby utratę siebie, utratę integralności i człowieczeństwa. Wysoko empatyczna osoba staje wtedy przed decyzją, która z zewnątrz wygląda jak rezygnacja, a w istocie jest aktem ratunku, granicą, jedynym sposobem na zachowanie własnej tożsamości. Bo empatia bez granic wobec systemu, który jej nie szanuje, jest przemocą wobec siebie samego, ciągłym dawaniem, które prowadzi do wyczerpania, wypalenia i utraty poczucia sensu.
Dziś na szczytach władzy rzadko widać ludzi z sercem. Nie dlatego, że ich nie ma. Ale dlatego, że ci, którzy tam byli, zrozumieli, że dalsze pozostawanie zniszczyłoby ich człowieczeństwo. I wybrali siebie. Ich odejście nie jest porażką, nie jest ucieczką ani rezygnacją z wpływu. To decyzja o zachowaniu integralności, akt odwagi, który pokazuje, że świat nie nagradza serca, ale że serce nadal może istnieć poza nim. Świat nie potrzebuje kolejnego narcyza na szczycie, lecz ludzi, którzy pozostali sobą, którzy zachowali swoje człowieczeństwo. Bo prawdziwa zmiana nie jest wynikiem władzy, lecz świadomości własnej granicy i odwagi, żeby ją postawić.
Nie trzeba szczytów wielkich korporacji ani polityki, by zobaczyć te same mechanizmy. Ten sam subtelny sabotaż, dyskretne pomówienia, wyrafinowane gry władzy działają w małym zespole, w gabinecie, w salonie, w każdej strukturze, w której pojawiają się ludzie, którzy chcą dominować zamiast współpracować. Tam również człowieczeństwo może być traktowane jako słabość, a empatia – jako niewygodne odstępstwo od reguł gry.
Empatyczna osoba, niezależnie od skali organizacji, staje przed tym samym wyborem: kontynuować i ulec presji, kompromisowi i cynizmowi, czy odejść, chroniąc własną integralność. W każdym miejscu, gdzie rządzi cynizm i manipulacja, granica między zachowaniem siebie a utratą własnej tożsamości jest tak samo wyraźna. I w każdym z tych przypadków odejście nie jest przegraną – jest aktem odwagi, świadomą decyzją, by nie spalić tego, co w nas najważniejsze.
Przez dziesiątki lat obserwowałem, jak system się zmienia, jak pokolenie ludzi, którym naprawdę zależało, powoli odchodzi, a w jego miejsce wkraczają ci, dla których władza to przede wszystkim gra, a nie odpowiedzialność. Nie zawsze istnieje moment, by odejść, zwyczajnie z powodów czysto materialnych, ale samo zrozumienie mechanizmów, subtelnych gier i granic pozwala przetrwać. Umożliwia stworzenie własnego planu ratunkowego, ochronę siebie i swojego człowieczeństwa, zanim system zdąży zniszczyć to, co najcenniejsze. Nawet jeśli nie można odejść natychmiast, świadomość daje przestrzeń, by zachować integralność i spokój ducha, niezależnie od tego, jak wielka jest władza wokół.
Czasem odchodząc, nie tracisz niczego, co naprawdę miało znaczenie, a zyskujesz wolność, by być sobą. To nie jest porażka ani ucieczka, lecz moment, w którym odzyskujesz to, czego nikt nie może ci zabrać – serce, integralność i poczucie własnej wartości. Zostawić grę i zachować siebie to jedyna wygrana, której naprawdę warto szukać. Nawet jeśli świat wokół cię nie rozumie, nawet jeśli inni patrzą na odejście jak na słabość, w tym momencie odkrywasz coś fundamentalnego: zachowując siebie, chronisz to, co najważniejsze, i wciąż możesz widzieć ludzi takimi, jakimi są, nie tracąc przy tym własnego człowieczeństwa.


