Mit idealnej prawdy, czyli dlaczego autentyczność nas uwiera

Żyjemy w epoce, która odmienia słowo „autentyczność” przez wszystkie przypadki, czyniąc z niej niemal obowiązkowy produkt rynkowy. Zewsząd słyszymy zachęty, by „być sobą”, jednak w tym samym momencie kultura podsuwa nam niewidzialny scenariusz tego, jak to „bycie sobą” powinno wyglądać. Paradoksalnie, autentyczność stała się kolejną maską, którą zakładamy, by dopasować się do wyobrażenia o człowieku świadomym, dobrym i ułożonym. Często mylimy ją z byciem najlepszą wersją siebie, co w praktyce oznacza jedynie staranne filtrowanie emocji i pokazywanie światu tylko tych cech, które uznajemy za szlachetne. Tymczasem prawdziwa autentyczność nie ma nic wspólnego z estetycznym obrazkiem w mediach społecznościowych ani z byciem „dobrym” w tradycyjnym, moralizatorskim sensie. To stan, w którym przestajemy negocjować z prawdą o własnym przeżywaniu świata, nawet jeśli ta prawda jest niewygodna, szorstka i daleka od ideału.

Z perspektywy psychologicznej autentyczność to nic innego jak kongruencja, czyli spójność między naszym wnętrzem a tym, co manifestujemy na zewnątrz. Carl Rogers, jeden z ojców psychologii humanistycznej, wskazywał, że fundamentem zdrowia psychicznego jest akceptacja wszystkich aspektów doświadczenia, a nie tylko tych, które pasują do naszego „ja idealnego”. Problem polega na tym, że od dzieciństwa jesteśmy tresowani do wartościowania uczuć. Uczymy się, że radość i spokój są „dobre”, więc można je pokazywać, natomiast złość, smutek czy zazdrość są „złe” i należy je ukrywać, by nie stracić aprobaty otoczenia. W efekcie budujemy fasadę, którą nazywamy autentycznością, a która jest jedynie dobrze skrojonym kostiumem. Kiedy jednak złość zaczyna w nas wrzeć, nie jest ona błędem systemu ani dowodem na brak kultury – jest ona najbardziej autentyczną odpowiedzią naszego organizmu na naruszenie granic lub niesprawiedliwość. Odmówienie sobie prawa do czucia złości w imię „bycia dobrym człowiekiem” jest pierwszym krokiem do zatracenia własnej autentyczności.

Prawdziwe poznanie siebie wymaga odwagi do spojrzenia w to, co C.G. Jung nazywał Cieniem. To tam składowane są wszystkie nasze niedociągnięcia, lęki i impulsy, których nauczyliśmy się wstydzić. Autentyczność, która służy naszemu rozwojowi, to nie jest bezrefleksyjne folgowanie każdemu kaprysowi, ale uznanie istnienia tych ciemniejszych stron bez natychmiastowego ich oceniania. Jeśli czuję złość, to ją czuję – to jest fakt psychiczny, który nie podlega kategorii moralnej. Dopiero kiedy zaakceptuję ten stan, mogę zdecydować, co z nim zrobię. Autentyczność to nie jest brak filtrów w relacjach z innymi, ale brak filtrów w relacji z samym sobą. To moment, w którym przestaję okłamywać się, że jestem ponad pewne emocje. Dzięki temu zyskujemy dostęp do niesamowitej energii, ponieważ utrzymywanie maski „idealnego ja” jest procesem niezwykle wyczerpującym, który z czasem prowadzi do emocjonalnego wypalenia i poczucia obcości we własnym życiu.

Warto jednak postawić wyraźną granicę między autentycznością a egocentryzmem czy agresją. Autentyczność, która nam służy, to taka, która buduje mosty, a nie je pali. Nie polega ona na wykrzykiwaniu każdej myśli, która wpadnie nam do głowy pod pretekstem „szczerości”, lecz na zrozumieniu własnego wnętrza i komunikowaniu go w sposób dojrzały. Autentyczność bez empatii i samoświadomości bywa po prostu brutalnością. Z kolei ta, która nas karmi, daje nam wolność – wolność do bycia nieidealnym, do popełniania błędów i do przyznania, że dzisiaj nie mamy siły być „tą lepszą wersją siebie”. W świecie, który wymaga od nas ciągłej optymalizacji, bycie autentycznym to akt odwagi polegający na byciu po prostu człowiekiem: istotą pełną sprzeczności, która czasem kocha, a czasem się wścieka, i która w obu tych stanach jest tak samo prawdziwa.

Czy wiesz, kiedy ostatnio pozwoliłe/a/ś sobie być w pełni człowiekiem – ze wszystkimi sprzecznościami?

Scroll to Top