Nie szukaj sensu bo ty jesteś odpowiedzią

Pytanie nie brzmi: „Jaki jest sens życia?”, lecz: „Co życie w tej chwili ode mnie chce?”

Filozofia od stuleci zachowuje się tak, jakby sens był przedmiotem ukrytym w sejfie, do którego trzeba mozolnie dobrać kod. Pytaliśmy „dlaczego?” i „dokąd?”, budując systemy odpowiedzi tak złożone i tak duszne, że w ich cieniu – niepostrzeżenie – umarło samo życie. Zapomnieliśmy o brutalnym, a zarazem krystalicznym fakcie: zanim pojawi się jakiekolwiek „po co”, wydarza się fakt „jest”. Istnienie zawsze poprzedza sens. Nie w sposób poetycki, lecz egzystencjalnie bezlitosny.

Viktor Frankl nie był teoretykiem, który wymyślił nową definicję szczęścia; był człowiekiem, któremu odebrano wszystko, by sprawdzić, co zostanie na samym dnie. W nieludzkim otoczeniu obozu odkrył, że pytanie o sens życia jest pytaniem fałszywym – zakłada bowiem dystans, na który tam nie było miejsca. Zrozumiał, że to nie my pytamy. To życie jest podmiotem zadającym pytanie, a my jesteśmy jedynie adresatami. Odpowiedź nie pada w słowach. Ona wydarza się w sposobie, w jaki znosisz głód, bicie i upokorzenie. Wydarza się w każdym kolejnym oddechu.

Czuję z Franklem więź niemal genetyczną, choć moje piekło miało inne współrzędne. On miał numer – upiorny dowód obecności w systemie. Ja dorastałem w świecie bez numeru, bez świadka i bez reguł. Pod ręką macochy, którą nazywałem „kapo”, bo biła bez powodu, bez ideologii i bez opamiętania. W takim osamotnieniu, w totalnym opuszczeniu przez logikę świata, człowiek uczy się najtrudniejszej lekcji: sens nie jest ideą, którą można posiąść. Jest wolą, by mimo wszystko – wbrew wszystkiemu – udzielić światu odpowiedzi.

Gdy spojrzymy na planetę bez metafizycznych okularów, zobaczymy prawdę nagą i chłodną: Ziemia to potężna maszyna mieląca. Hipoteza Silurska sugeruje nam szeptem, że czas i ruch płyt tektonicznych starłyby na pył każdą inteligencję, która mogła tu trwać miliony lat przed nami. Nie zostanie po nas ślad – ani po człowieku, ani po sztucznej inteligencji, ani po naszych marzeniach o wieczności. Fizyka, z jej nieubłaganą granicą prędkości światła i grawitacją, trzyma nas w uścisku „tu i teraz”. Nigdzie nie polecimy. Kosmos nie jest wyjściem awaryjnym. To jest nasz jedyny adres.

A jednak przemiał materii nie oznacza końca. Świadomość, częstotliwości, puls DNA – to wszystko wciąż trwa, przekształcając się w nowe, zdumiewające konfiguracje istnienia. Nic nie ginie naprawdę; życie pulsuje, reaguje, przetwarza się w wiecznym ruchu. To nie nasze małe, lękliwe „ja” decyduje o trwaniu, lecz sam fakt życia, który nieustannie odpowiada na wyzwanie bytu. Grzybnia pod naszymi stopami, bez mózgu i bez układu nerwowego, „odpowiada” na świat z zaciekłością, która jest sensem samym w sobie. My, w naszej pysznej pogoni za definicjami, zgubiliśmy to, co te prostsze struktury mają organicznie: bezwarunkowy fakt obecności.

Nie próbuję domknąć tego sensu ani go uwięzić w definicji. To, co tu powstaje, nie jest odpowiedzią, lecz przestrzenią. Miejscem, w którym pragnienie poznania uderza o granicę języka i logiki. Każde zdanie odbija napięcie, które powstaje, gdy człowiek mierzy się z tym, co istnieje – z tym, co boli i co nie daje się ujarzmić. Nie ma tu obietnicy porządku. Nie ma nadziei przeniesionej w bezpieczne „później”, którą tak chętnie szafują religie. Jest tylko kontrakt między tym, co wnoszę ja – doświadczenie i stawkę – a tym, co Ty, czytelniku, możesz z tego echa podjąć.

Prawdziwa dojrzałość polega na tym, by przestać szukać kolejnych pytań i odpowiedzi. Trzeba zacząć słuchać tego jednego pytania, które już padło, i odpowiedzieć na nie nie filozofią, lecz obecnością. Nawet jeśli jest ona krucha, naznaczona bliznami i niepewna swojego jutra. Bo życie nie potrzebuje uzasadnienia. Ono już się wydarzyło. Zostaliśmy zaproszeni do odpowiedzi – i w tej odpowiedzi, tu i teraz, zawiera się cała wieczność, na jaką nas stać.

Sens nie jest celem podróży. Jest napięciem między sytuacją a reakcją. Jest pulsem, który trwa niezależnie od form, które przemijają, i niezależnie od tego, czy ktokolwiek będzie nas pamiętał. Maszyna mieląca może obrócić w pył nasze pomniki, ale nie jest w stanie odebrać nam wagi tej jednej sekundy, w której decydujemy się odpowiedzieć: „Jestem”.

Scroll to Top