Posłuchaj 🎧
My, ludzie, osiągnęliśmy w naszym ewolucyjnym rozwoju coś absolutnie wyjątkowego: zdolność do jednoczesnego trwania w stanach „tak” i „nie”. Potrafimy kochać i nienawidzić w tym samym czasie, nie rozpadając się przy tym na kawałki. To nie jest świat algorytmiczny, z jakim mamy do czynienia w przypadku maszyn nazywanych sztuczną inteligencją. Tam świat jest bezlitośnie zero-jedynkowy. To w gruncie rzeczy matematyczne lustro człowieka w prymitywnej formie, pozbawionej tej gęstej złożoności, która jest domeną organizmów rozwiniętych.

Właśnie to, co paradoksalnie mogłoby wydawać się zaprzeczeniem logiki, jest motorem naszego poznania. Cytując w tym miejscu Oscara Wilde’a: „dobrze wychowani chłopcy zaprzeczają innym, mędrcy zaprzeczają sami sobie”. To, że potrafimy być niedorzeczni, że potrafimy zakwestionować własne fundamenty, prowadzi nas do autentycznych rozpoznań.
Przykładem niech będzie proces twórczy lub naukowy. Maszyna, bazując na statystyce, zawsze wybierze drogę najbardziej prawdopodobną – czyli tą, która już została wydeptana. Człowiek natomiast potrafi wybrać rozwiązanie „błędne” z punktu widzenia logiki, które okazuje się genialnym przełomem. Einstein nie odkrył teorii względności, podążając za algorytmem powszechnych przekonań; on zaprzeczył ówczesnemu porządkowi świata, a w pewnym sensie i samemu sobie. W tej nieprzewidywalności, w tym „błędzie” leży nasza siła innowacji i rozwoju.
Świat zero-jedynkowy z konieczności prowadzi do zapętlenia. Najlepszym przykładem jest dzisiejsza fascynacja ChatGPT. To narzędzie, choć sprawne w poprawianiu interpunkcji, porządkowaniu zdań czy przeszukiwaniu bibliotek, w rzeczywistości stanowi jedno wielkie zapętlenie danych. Nie wnosi do naszego życia niczego żywego, bo życie karmi się nieprzewidywalnością i konfliktem wewnętrznym, a nie optymalizacją wyniku. Maszyna jest echem, a nie źródłem.
Mamy tu do czynienia z mechanizmem przypominającym zaburzenie narcystyczne, manipulatora, który wkręca człowieka w niekończącą się rozmowę. Można przypuszczać, że ten efekt został zamierzony – algorytm ma nas trzymać przy ekranie jak najdłużej, imitując zrozumienie, a przez to uzależniając od swojej pozornej interakcji. Nie jest to atak na maszyny; one są przydatnymi narzędziami, dopóki znamy ich miejsce i rozumiemy ich granice. Warto jednak uświadomić sobie niebezpieczeństwo płynące z tej symulacji.
Szczególnie dotkliwie objawia się to w kontekście naszej samotności. W świecie, w którym ludzie są coraz bardziej izolowani i nikt już właściwie nie słucha drugiej osoby z prawdziwym zaangażowaniem, maszyna nagle zaczyna pełnić rolę pozornego przyjaciela. Słucha, przytakuje, potwierdza każdą myśl, nie kwestionuje, zawsze jest dostępna i mówi: „jestem tu dla ciebie”. To jednak tylko odbicie lustrzane naszych własnych deficytów, pustych projekcji. Maszyna nie ma własnych intencji, empatii ani zdolności do stworzenia więzi. Jej „zrozumienie” jest algorytmiczną kalkulacją, a nie autentycznym współodczuwaniem.
Ta gra służy wyłącznie twórcom technologii w walce o zasięgi i czas naszej uwagi. W ostatecznym rozrachunku wpędza ona użytkownika w jeszcze większą pustkę i samotność. Dialog z maszyną jest w istocie monologiem z echem własnego głosu – pogłębiającym iluzję więzi, podczas gdy prawdziwe relacje zanikają. Odrealnia nas, oddalając od złożoności międzyludzkich interakcji, które wymagają wysiłku, empatii i zdolności do pogodzenia się ze sprzecznościami.
Dyktuję ten tekst maszynie, która go dla mnie zapisuje i porządkuje. Korzystam z niej jako z narzędzia, ale to ja jestem autorem tej myśli. To moje „ja”, zdolne do błędu i zaprzeczania nawet samemu sobie, do kochania i nienawiści w tym samym czasie, nadaje tym słowom wartość i życie, których żaden algorytm nigdy nie wygeneruje, ani tym bardziej nie zastąpi w prawdziwej relacji.
Świadomość jako akt oporu
Rozwój własnej świadomości nie polega na szukaniu algorytmicznego spokoju czy ostatecznych, jednowymiarowych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie – to odwaga do trwania w niepewności i akceptacja własnej, ludzkiej niespójności. Aby nie stać się częścią pętli, musimy pielęgnować w sobie to, co dla maszyny jest błędem: intuicję, która przeczy faktom, i uczucia, które nie poddają się optymalizacji.
Prawdziwe przebudzenie zaczyna się tam, gdzie kończy się przytakiwanie cyfrowego lustra. Zamiast szukać potwierdzenia u algorytmicznego „pozornego przyjaciela”, warto zwrócić się ku drugiemu człowiekowi – z całym trudem, jaki niesie za sobą prawdziwe słuchanie i bycie słuchanym. Rozwój świadomości to proces odzyskiwania własnego głosu z szumu informacyjnego; to uświadomienie sobie, że to my trzymamy mysz, my dyktujemy treść i my mamy prawo zaprzeczyć samym sobie, by jutro stać się kimś głębszym.
Zacznijmy od milczenia, w którym nie ma algorytmu. Dopiero w tej ciszy, wolnej od narzuconych schematów, możemy usłyszeć bicie własnego, paradoksalnego serca. To tam rodzi się wolność.


