Posłuchaj 🎧
Borsuk kopie norę głęboko. Nie dlatego, że lubi ciemność — dlatego, że nauczył się, że ciemność jest bezpieczna. I to jest w porządku. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje pamiętać, że kiedyś świeciło słońce i że to było dobre.

Znam ten moment, gdy spotykam człowieka-borsuka. Coś się we mnie napina — nie z pogardy, nie z wyższości — z czegoś, co przez długi czas brałem za brak empatii, a co okazało się konfliktem wartości. Bo widzę kogoś, kto cierpiał — naprawdę, mierzalnie, konkretnie — i kto z tego cierpienia zbudował nie wyjście, lecz mieszkanie. Urządził je. Powiesił zasłony. Zaprosił sąsiadów. I teraz broni tego mieszkania z zaangażowaniem, którego nigdy nie włożył w poszukiwanie czegoś innego.
Nie chcę tutaj być sprawiedliwy. Sprawiedliwość to narzędzie sądów, a nie tekstu, który próbuje dotknąć czegoś prawdziwego. Chcę powiedzieć, co czuję — złość, rezonans, i to irytujące poczucie, że kiedy mówię o tym głośno, zaraz staję się tym złym: tym bez serca, tym uprzywilejowanym, tym, który nie rozumie. A przecież rozumiem. Przemoc — wiem, jak smakuje. Brak oparcia — wiem, co to znaczy wstawać rano i nie mieć do kogo zadzwonić. Chaos, który wykręca człowieka jak mokrą szmatkę — byłem tam wystarczająco długo, żeby znać adres.
I jakoś — nie wiem jak, nie wiem dlaczego, może to temperament, może przypadek, może jeden właściwy człowiek we właściwym momencie — moje spojrzenie zawsze wracało do przodu. Nie dlatego, że przeszłość nie bolała. Dlatego, że ból skierowany tylko w siebie w końcu zaczyna jeść własny ogon. Zaczyna się odżywiać swoją własną narrację, rozrastać, organizować wokół siebie cały świat. I nagle każda rozmowa jest dowodem krzywdy. Każdy, kto idzie dalej, jest zdrajcą. Każde pytanie o przyszłość — zamachem na tożsamość.
Jest coś, o czym mówi się bardzo rzadko, bo jest niewygodne jak herbata za gorąca — rola ofiary ma swoje korzyści. Realne, namacalne, zrozumiałe korzyści. Uwagę. Moralne zwolnienie z odpowiedzialności za jutro — bo skoro mnie skrzywdzono, to czego ode mnie wymagacie? Przynależność do grupy, która mówi tym samym językiem i rozpoznaje tego samego wroga. Prawo do roszczeń, które nigdy nie wygasa, bo nie ma terminu realizacji. Układ nerwowy uczy się tego szybko: jeśli ta postawa przynosi bezpieczeństwo, powtarzaj ją. Bezpieczeństwo wygrywa z wolnością zawsze — bo wolność oznacza ryzyko porażki bez alibi, a porażka bez alibi jest czymś naprawdę przerażającym.
I tu jest sedno. Nie chodzi o to, że cierpienie jest fałszywe. Chodzi o to, że cierpienie zamieniło się w walutę. A waluta podlega inflacji. W świecie, gdzie algorytmy nagradzają dramatyczność, gdzie widoczność uzyskuje ten, kto głośniej i ostrzej opowie swoją ranę — cierpienie przestaje być doświadczeniem, które się przetrawia i z którego się wychodzi, a zaczyna być towarem, który się sprzedaje. Trzeba go coraz więcej. Trzeba go coraz czystszego, coraz bardziej spektakularnego. Nora przestaje być etapem — staje się sceną.
Myślę o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim i robi mi się ciężko w środku. Nie dlatego, że to piękna historia. Dlatego, że to historia kogoś, kto kochał piękno i miał dwadzieścia kilka lat, i żył w czasie, który odbierał mu wszystko systematycznie — i który mimo to pisał, kochał, myślał, tworzył. Nie dlatego, że miał plan. Dlatego, że kierunek był dla niego ważniejszy niż gwarancja dotarcia. On i inni z jego pokolenia nie walczyli po to, żeby zostać symbolami ofiar historii — walczyli o przestrzeń, w której ktoś będzie mógł żyć szerzej, pełniej, bez konieczności wyboru między marzeniem a przetrwaniem. Kiedy o tym myślę, nie czuję patosu. Czuję coś, co zmusza mnie do prostowania się wewnętrznie. Coś, co mówi: masz tę przestrzeń. Nie marnuj jej na ozdobne narzekanie.
Kiedy mówię o luksusie — o Gucci, o Versace, o pięknie, o doskonałości — nie mówię o towarach. Mówię o standardzie wewnętrznym. O tym, żeby nie urządzać się w bylejakości tylko dlatego, że los był trudny. Żeby nie obniżać poprzeczki jakości życia jako formy lojalności wobec własnej rany. To nie jest konsumpcja — to jest postawa twórcza. Tworzenie świata lepszego o milimetr. Czasem tym milimetrem jest umyte okno. Raz uczciwe zdanie. Jedna decyzja podjęta bez pewności wyniku.
Człowiek Borsuk to nie jest człowiek słaby. To człowiek zatrzymany. Który zszedł do nory, bo musiał — i ma ku temu powody, które rozumiem — ale który zapomniał, że nora miała być etapem, nie adresem. I nie piszę tego, żeby go osądzić. Piszę, bo kiedy patrzę na tego człowieka, widzę kogoś, kto mógłby wyjść. I to mnie boli bardziej niż jego cierpienie.
Cierpienie zasługuje na uznanie. Ale nie na tron. Bo gdy zasiada na tronie, przestaje być doświadczeniem, a zaczyna być władcą. Dyktuje język, relacje, sposób widzenia. I w pewnym momencie nie wiadomo już, czy człowiek jest tym, który cierpi — czy tylko tym, który pamięta, że cierpiał.
Wolność — nawet krucha, nawet centymetr po centymetrze — zaczyna się tam, gdzie człowiek decyduje się sprawdzić, czy gdzieś jednak nie świeci słońce. Nie trzeba wychodzić od razu. Wystarczy uchylić wejście.
Tylko tyle. I aż tyle.


