Dlaczego czas przyspiesza — i co z tym zrobić

Posłuchaj 🎧

Zdarza się to zapewne każdemu, kto żyje wystarczająco długo, żeby to zauważyć — i właśnie w tym tkwi przewrotność tego zjawiska, bo żeby je zobaczyć, trzeba już być po tamtej stronie. Chodzi o to dziwne, bardzo fizyczne odczucie, że czas przyspiesza. Nie metaforycznie, nie jako poetycka figura smutku po minionych latach — dosłownie, jako coś co ciało rozpoznaje zanim zdąży to nazwać. Dopiero była wiosna, już są święta, a za chwilę znowu wiosna, i człowiek stoi z kubkiem porannej kawy w ręku i pyta siebie, gdzie właściwie podziały się te miesiące. Paradoks polega na tym, że intuicja podpowiada coś zupełnie odwrotnego — że dojrzałość powinna zwalniać, że z wiekiem wszystko nabiera jakiegoś ciężaru i powagi. A tu okazuje się, że świat zwariował i nie chce się zatrzymać.

Zastanawiało mnie, skąd to się bierze. I odkryłem, że odpowiedź jest zarówno prostsza, jak i bardziej przewrotna niż się spodziewałem — bo chodzi o coś, co doskonale znamy, tylko że z drugiej strony.

Gdy jesteśmy dziećmi, żyjemy naprawdę w tej jednej jedynej chwili. Nie dlatego, że jesteśmy mądrzy albo oświeceni — po prostu nie mamy jeszcze planów, nie myślimy o tym, jak zapłacić rachunki, co przygotować, co załatwić. Jesteśmy, bawimy się, odkrywamy, a każda chwila wydaje się trwać wiecznie. I jest w tym jeszcze coś — to nieustanne odkrywanie czegoś nowego powoduje, że ciągle jesteśmy w pozycji, w której tak dużo jest jeszcze przed nami. Odkrycie dnia dzisiejszego, zastępuje coś nowego z kolejnego dnia, nieustannie jest jeszcze coś dalej — i to powoduje, że horyzont jest gdzieś bardzo odległy. Pamiętam, ile trzeba było czekać na osiemnaste urodziny, żeby w końcu można było zrobić prawo jazdy. To wydawało się tak odległe.

Z biegiem czasu dochodzimy do tych różnych odległych punktów i stają się one pewnego rodzaju automatyzmem. Wstajemy, włączamy nasze rytuały — śniadanie, praca, kontakty społeczne, trochę sportu, coś do załatwienia, idziemy spać. Koniec dnia. Ledwo zmrużyliśmy oczy, już się budzimy. I tak w kółko. Te rutyny odbywają się szybko nie dlatego, że jesteśmy zajęci — ale dlatego, że nie wymagają już naszej uwagi. Mózg, który kiedyś musiał uważnie rejestrować jak zagotować wodę, jak ukroić kromkę chleba, teraz robi to bez udziału świadomości. I właśnie w tych automatyzmach pojawia się to przyspieszenie.

Neurolog David Eagleman i wcześniej psycholog William James opisali mechanizm, który stoi za tym odczuciem — mózg nie rejestruje czasu jak zegar, lecz przez gęstość nowych doświadczeń. Im więcej nowych bodźców, tym więcej klatek w pamięci, tym dłuższy wydaje się miniony czas. Kiedy nie wiesz co się wydarzy, system nerwowy mobilizuje się do maksymalnego zapisu. Kiedy wiesz już wszystko, zapis staje się szkieletowy. Rok pełen rutyny wspominamy jako krótki nie dlatego że był zły, ale dlatego że pamięć nie ma co odtworzyć — więc odtwarza skrót.

Mózg operuje w trybie predykcji — zamiast rejestrować rzeczywistość w całości, porównuje to co napływa z tym, czego się spodziewa, i zapisuje tylko odchylenia. Można przez lata chodzić tą samą ulicą i nie umieć powiedzieć, jaki kolor ma fasada kamienicy na rogu. Dziecko, które tędy przeszło raz, pamięta.

I tu zaczyna się pytanie, które jest naprawdę niewygodne. Dorosły nie jest bezradny wobec swoich schematów — on je zbudował, często z niemałym wysiłkiem, i słusznie jest z nich dumny. Ale schemat który był kiedyś odpowiedzią na wyzwanie, z czasem staje się czymś, o czym zapomina się że jest ograniczeniem — bo jest wygodny i dobrze urządzony, i w zasadzie po co go ruszać. Frankl pisał, że człowiek może wytrzymać niemal każde jak, jeśli ma po co. Ale odwrotność jest równie prawdziwa i znacznie rzadziej wypowiadana wprost — człowiek który stracił pytanie po co, traci stopniowo zdolność do bycia obecnym. Nie dramatycznie, nie z hukiem — po prostu zaczyna być gdzieś obok własnego życia, podczas gdy życie toczy się według planu.

Rozwiązanie jest pozornie banalne — i właśnie dlatego tak trudne do przyjęcia. Chodzi o powrót do systemu ciekawości, do stawiania sobie wyzwań które są naprawdę odległe i naprawdę nieosiągalne w tym momencie, do znajdowania się znowu w pozycji, w której bardzo dużo jest jeszcze przed nami. Gdy uczysz się czegoś czego naprawdę nie znasz, mózg wraca do pierwotnego trybu intensywnego zapisu. Czas zaczyna znowu gęstnieć. Kluczem nie jest sama nowość — kluczem jest jakość obecności w tej nowej chwili, zanurzenie się w niej, pełne zaangażowanie zmysłów w coś co jeszcze nie jest automatyzmem. Ta chwila musi mieć w sobie coś fascynującego, coś co porusza, coś co angażuje do nowego poznania — bo inaczej nawet nowe doświadczenie staje się kolejnym punktem na liście rzeczy do odhaczenia.

Miałem przyjaciela, który miał wtedy siedemdziesiąt lat, powiedział mi coś, co dla trzydziestolatka z niespełnionymi marzeniami wydało się banalne. Powiedział: jedyne co trzyma człowieka przy życiu to ciekawość. Dopóki jesteś ciekawy, życie trwa. Wtedy nie brakowało mi ciekawości. Dożył prawie stu lat. I myślę że był wiarygodnym świadkiem tego, o czym mówił.

Być może najuczciwsza konkluzja brzmi tak: czas nie zwalnia dla nikogo, ale można sprawić, żeby miniony rok miał w pamięci wagę i teksturę, a nie był tylko kolejnym rozmytym odcinkiem na taśmie. Wymaga to odwagi do wystawiania się na nowe, do akceptowania, że znowu jest się początkującym, że znowu coś jest przed nami tak odległe, jak osiemnaste urodziny były odległe dla dziesięciolatka. To może brzmieć jak trud, ale jest w tym coś paradoksalnie wyzwalającego: odkryć, że czas nie jest tyranem, lecz materiałem, z którego można — przynajmniej częściowo — wyrzeźbić coś gęstszego niż mgła.

Czas nie jest problemem do rozwiązania. Jest materiałem. I jedyne co możemy z nim zrobić, to decydować ile klatek na minutę nagrywamy.

Scroll to Top