Dzieci Boga, dzieci niczyje

Znam tę ciszę. Pojawia się w środku nocy kiedy ekran zgaśnie i nie ma już nic do scrollowania, albo w południe w kawiarni pełnej ludzi gdzie każdy patrzy w swój telefon i nikt na nikogo — i nagle czuję jak coś pod mostkiem rozszerza się i jest chłodne i nieogarnione. To nie jest smutek. Smutek ma powód, ma twarz, ma kierunek. To jest coś starszego. Samotność która nie pochodzi z braku towarzystwa, tylko z samego faktu istnienia jako oddzielna całość.
Jedni w odpowiedzi na ten chłód produkują hałas. Wypełniają każdą szczelinę dnia wrażeniami, znajomościami, planami, opiniami o wszystkim i o niczym — nie dlatego że są płytcy, ale dlatego że cisza jest dla nich dowodem że coś jest nie tak. Że są za mało. Że zostali. Inni idą w przeciwnym kierunku i pogrążają się w tęsknocie — nie za konkretną osobą, nie za konkretnym czasem, ale za czymś nieuchwytnym co może nigdy nie istniało, a jednak boli jak utrata. Ci przynajmniej są uczciwi wobec bólu. Ale i oni go nie rozumieją. Tylko w nim mieszkają.
Potem przyszła pandemia. Świat zamknął się w czterech ścianach i przez moment wyglądało na to że coś się wydarzy — że ta przymusowa cisza coś odsłoni, że ludzie dotkną w końcu tego co przez lata zagłuszali. I rzeczywiście dotknęli. Cierpieli, tracili grunt, nie wiedzieli co zrobić z sobą bez zewnętrznego hałasu który organizował im tożsamość. Ale kiedy tylko otworzyły się drzwi — wrócili. Szybciej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Jakby tamte miesiące były awarią systemu, nie jego rewizją. Cisza okazała się czymś do przeżycia, nie czymś do zrozumienia. I wszystko wróciło na swoje miejsce — głośniej niż przedtem, jakby trzeba było nadrobić stratę. Samotność której się boimy nie jest produktem okoliczności. Jest strukturalna. Nie znika gdy okoliczności wracają do normy — tylko znowu staje się niewidoczna. A niewidoczna, przestaje boleć. Na jakiś czas.
Zastanawiam się od lat skąd ta szczelina pochodzi. Nie jako pytanie terapeutyczne, tylko jako pytanie o architekturę. Co w tej konstrukcji którą jesteśmy produkuje ten chłód. I myślę że odpowiedź jest paradoksalna w sposób którego się nie da naprawić: jesteśmy fragmentem świadomości który nauczył się siebie obserwować. Świadomość — ta wielka, nieosobowa, przenikająca wszystko — wytworzyła nas jako swoje narzędzie oglądu. Ssaki które czują. Ludzie którzy wiedzą że czują. To miał być instrument. I przez jakiś czas nim był.
Jest w tym coś co ludzkość opisała dawno temu i zakodowała w opowieści. Adam w ogrodzie nazywał zwierzęta — obserwował, rozróżniał, był częścią tego co widział. Potem przyszło jabłko i coś się przestawiło. Nie wiedza go wygnała. Wygnało go przekonanie że wiedza czyni go równym bogu. Ta różnica jest wszystkim — między poznaniem które łączy a poznaniem które oddziela, między obserwatorem który widzi a tym który zaczyna zarządzać tym co widzi.
Obserwator zapomniał że jest narzędziem. Ego uznało się za centrum tego co obserwuje, zamiast za punkt z którego obserwacja się odbywa. I od tej chwili wszystko się skomplikowało. Centrum chce przetrwać, dominować, potwierdzenia swojego istnienia. Centrum chce być bogiem. A jednocześnie to samo centrum, ta sama istota która ogłosiła swoją suwerenność, nocą chce być przytulonym dzieckiem. Chce ciepła, bliskości, tego żeby ktoś po prostu był obok. Bóg i dziecko w jednym ciele — i żadne z nich nie może wygrać, bo zwycięstwo jednego jest przegraną drugiego. To napięcie generuje więcej cierpienia niż jakikolwiek konkretny ból którego doświadczyłem.
I jednak — są chwile. Nieliczne, nieplanowane, niemożliwe do wymuszenia. Chwile prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem, kiedy coś odpuszcza i nagle nie ma już boga ani dziecka, nie ma centrum które się broni — jest tylko kontakt. Bezpośredni, niemal fizyczny, jak dotknięcie czegoś żywego przez długo noszoną rękawicę. W tych chwilach samotność nie znika, ale zmienia jakość. Przestaje być więzieniem, staje się czymś co się ma, nie czymś czym się jest. I rozumiem wtedy że to nie jest przypadek — że te spotkania są możliwe właśnie dlatego że przestałem na chwilę chcieć być bogiem. Że opuściłem obronę, przestałem zarządzać wrażeniem jakie robię, przestałem pilnować narracji o sobie.
Obserwator który pamięta że jest obserwatorem — a nie centrum wszechświata — nagle może zobaczyć drugiego człowieka. Naprawdę zobaczyć, nie jako lustro swojej wartości, nie jako zagrożenie dla swojej pozycji, ale jako kogoś równie oddzielonego, równie chłodnego pod mostkiem, równie szukającego. I w tym wzajemnym rozpoznaniu dzieje się coś czego nie umiem inaczej nazwać niż powrotem — nie do kogoś konkretnego, nie do jakiegoś miejsca, ale do czegoś co było zanim podzieliliśmy się na bogów i dzieci i zanim ta szczelina stała się tożsamością.
Jest w tym pewna ironia której długo nie widziałem. Ja które obserwuje — to jest właśnie ten punkt z którego wszystko jest możliwe. Widzi, czuje, rozróżnia, nie rości sobie prawa do centrum. Ale w chwili gdy obserwator staje się obserwowanym — gdy zaczyna się przyglądać sobie, oceniać, porównywać, budować narrację o własnej wyjątkowości lub własnej nędzy — rodzi się ego. I razem z nim cierpienie. Nie jako kara, nie jako błąd ewolucji. Jako nieuchronny skutek tego że ktoś który miał patrzeć, zaczął być patrzony. Przez siebie.
Nie jesteśmy skazani na tę samotność jako wyrok. Jesteśmy skazani na nią jako punkt wyjścia. Co z nią zrobimy zależy od tego, czy potrafimy choć na chwilę przestać zarządzać tym kim jesteśmy — i po prostu być tym który widzi.


