
Czasem nie potrafisz powiedzieć, co się z tobą dzieje. Wiesz, że coś w tobie się porusza — może pojawia się napięcie w klatce piersiowej, może ściska cię w brzuchu albo robi się sucho w ustach — ale nie umiesz tego nazwać. Albo: nie wolno ci było nigdy tego nazwać. Bo nie było nikogo, kto by cię nauczył, że uczucia są ważne. Że gniew nie jest zagrożeniem, a smutek nie jest słabością. Jeśli nikt nie towarzyszył twoim emocjom w dzieciństwie, łatwo było nauczyć się, że czucie boli. I że bezpieczniej nie czuć nic.
Alekstytymia nie oznacza, że nie masz emocji. Wręcz przeciwnie – wiele osób z tym mechanizmem nosi w sobie ogromne napięcia, które nie znalazły ujścia. Emocje są – tylko zamknięte, zdezorientowane, niewyrażone. To stan, który można porównać do wewnętrznej ślepoty emocjonalnej. Ciało reaguje, ale nie masz do tego dostępu. Jesteś jak ktoś, kto słyszy język, ale nigdy nie nauczył się go rozumieć.
W psychologii mówi się o dwóch rodzajach aleksytymii: pierwotnej, która ma swoje podłoże neurobiologiczne i jest rzadsza, oraz wtórnej – o wiele częstszej, powstałej w wyniku środowiska. To ta druga dotyczy ogromnej liczby osób. To nie jest zaburzenie — to mechanizm przystosowania. Jeśli twoje emocje nie były zauważane, tłumione albo karane, to odcięcie się od nich było sposobem na przetrwanie. Jako dziecko, nie mogłeś znieść bólu bez znieczulenia. Więc nauczyłeś się nie czuć. Przestałeś ufać własnym reakcjom. Ciało nadal mówi, ale ty już go nie słyszysz.
To nie jest kalectwo w sensie stałej utraty. To raczej brak treningu. Emocje są jak język, który można odzyskać. Czasem powoli, czasem z bólem, ale zawsze z możliwością odnalezienia drogi powrotnej do siebie. Terapia to jedno z możliwych rozwiązań – ale nie jedyne. W codziennym życiu można stopniowo budować kontakt z własnym wnętrzem poprzez proste, konkretne praktyki.
Pierwszym krokiem jest obserwacja ciała. Nie przez analizowanie, ale przez czucie. Co czuję teraz w klatce piersiowej? Jak oddycham? Jakie mam napięcie w barkach? Bez próby zmiany – tylko rejestrowanie. Z czasem pojawi się więcej – może jakieś słowo, może obraz, może wspomnienie. Drugim krokiem może być codzienne zapisywanie zdarzeń i dołączanie do nich pytania: „Co mogł/a/em wtedy czuć?” Nawet jeśli odpowiedź brzmi „nic”, warto ją zapisać. To, co się nie pojawia, też mówi. Można też raz dziennie wybrać jedno słowo emocji (np. lęk, spokój, wstyd, zachwyt) i poszukać, czy jest we mnie dzisiaj miejsce na to słowo. A jeśli nie, zapytać — czego nie chcę dziś poczuć?
Pomocna jest praktyka mindfulness – ale nie w wersji „żeby się wyciszyć”, tylko raczej: „żeby usłyszeć”. Kiedy siadasz w ciszy, nie próbuj nic robić z tym, co przychodzi. Zamiast tego możesz powiedzieć sobie: „Nie wiem, co to jest, ale jestem przy tym.” To bardzo wiele. Często więcej niż robili dla nas dorośli w dzieciństwie.
Na koniec warto powiedzieć coś, czego być może nikt ci nigdy nie powiedział: nie jesteś zimny/a/. Nie jesteś zamknięty/a/. Nie jesteś zniszczony/a/. Może po prostu nauczyłe/a/ś się nie czuć, bo nie było komu tego z tobą robić. Ale teraz możesz, powoli, bez presji, zacząć wracać. Nie przez siłę. Przez obecność.


