Malarz z Austrii i ja

Jako młody człowiek cierpiałem na pewien rodzaj intelektualnej pychy. Trudno było mi pojąć, jak pokolenie, które chodziło na wykłady Husserla, wieszało na ścianach Klee i Grosza, znało Kanta na pamięć i mając w pamięci świeże okopy I wojny światowej, mogło patrzeć na postać tak groteskową jak malarz z Austrii i nie rozpoznać w niej nadchodzącej katastrofy. Słuchałem wykładów o ekonomicznej ruinie Weimaru, o propagandzie Goebbelsa i narodowej traumie Wersalu. Rozumiałem te mechanizmy tak, jak rozumie się schemat silnika spalinowego, nigdy nie brudząc sobie rąk smarem. Słowa były poprawne, ale martwe. Opisy nie pozwalały poczuć tamtych lat trzydziestych od środka. Do czasu.

I wtedy przyszedł developer z Nowego Jorku.

Na początku dostrzegłem w tym całym barbarzyńskim poruszeniu coś na kształt ożywczego wstrząsu. Nie upatrywałem w nim zbawcy, lecz liczyłem na to,że obnaży pustkę systemu, który na ten policzek rzetelnie zapracował. Nasza demokracja stała się skostniałą, biurokratyczną makietą, niezdolną do zajęcia się realnym bólem realnych ludzi. Myślałem: wystarczy ktoś radykalnie obcy, ktoś spoza systemu, ktoś zdolny rzucić kamieniem w tę szklaną wieżę — a wszyscy zobaczą jej pustkę. Król jest nagi, a fundamenty spróchniałe.To było rozumowanie błędne, niemal dziecięce w swej naiwności. System w stanie rozkładu nie przebudza się pod wpływem ciosu. On po prostu desperacko szuka nowego centrum ciężkości, choćby miało nim być dno. Uświadomiłem sobie wtedy, że ten mechanizm obserwowałem już wcześniej, w innych miejscach i scenografii. Pamiętam dzień, gdy stałem przed Casa Rosada w Buenos Aires i patrzyłem jak wdowa po Nestorze Kirchner odgrywa zmartwychwstanie Evity Perón — z tą samą retoryką ludu i wroga, z tym samym żarem, który nie znosi pytań. Kraj, który miał wszelkie warunki do dobrobytu, został wpędzony w ekonomiczną przepaść. Przez próżnię, którą wypełniło widowisko. Te spektakle stały się powtarzalną codziennością w różnych zakątkach świata.

W końcu zrozumiałem coś, co powinienem był wiedzieć wcześniej: że takie postacie nie dochodzą do władzy dlatego że są silne. Przejmują władzę dlatego że system przed nimi był tak słaby, tak pusty wewnętrznie, że wytworzył próżnię — a próżnia kieruje się własnymi prawami. Dokładnie tak było z malarzem z Austrii. Nie był geniuszem. Był człowiekiem przeciętnym, który trafił w pustkę wyprodukowaną przez struktury zbyt słabe by udźwignąć własne sprzeczności. To była chwila gdy kurtyna zdziwienia opadła. Zobaczyłem mechanizm na własne oczy — nie anomalię historyczną lecz prawidłowość.

Nie był to zresztą jedyny moment, w którym rzeczywistość skorygowała moje wyobrażenie. Lata temu sądziłem, że dychotomia jest prosta: zachodnia wolność kontra chińskie zniewolenie. Z czasem obraz spłowiał. Dostrzegłem, że w świecie zachodnim procesy demokratyczne stały się fasadą dla korporacyjnej technokracji, która dyktuje rządom nie tylko treść ustaw, ale i kształt naszej codzienności. W tym samym czasie Pekin — bez żadnych sentymentów dla praw jednostki — pokazał, że państwo może być jedynym realnym bezpiecznikiem zdolnym zdyscyplinować gigantyczny kapitał. To gorzka lekcja: Zachód pomylił wycofanie się państwa z wolnością, nie zauważając, że w powstałą próżnię weszły siły niemające żadnego społecznego mandatu, przed którymi zwykły człowiek nie ma już żadnej instancji odwoławczej.

Nieprzyjemność tego olśnienia polega na tym, że jest nieodwracalne. Kiedy raz widzisz jak szybko można zlikwidować prawo, które kosztowało dekady walki — jak jedno zarządzenie kasuje to co budowano przez pokolenia — coś w tobie zmienia się trwale. Patrzyłem na to i mówiłem sobie: ale oni to przecież widzą. I nagle poczułem tamtych ludzi z lat trzydziestych nie jako postacie z podręcznika, ale jako obecnych siedzących dokładnie obok mnie. Też patrzyli. Też widzieli. I też mówili sobie: muszą to widzieć.

Jest w tym wszystkim pewna rzeczywistość neurologiczna, którą warto nazwać, która wyjaśnia więcej niż jakakolwiek teoria polityczna. Kiedy człowiek doświadcza zagrożenia egzystencjalnego — ekonomicznego, tożsamościowego, społecznego — mózg przechodzi w tryb który ewolucja zaprojektowała do przeżycia, nie do myślenia. Struktury odpowiedzialne za ocenę długoterminowych konsekwencji tracą zasoby na rzecz reakcji natychmiastowej. Im wyższe pobudzenie emocjonalne, tym silniejsza potrzeba prostego obrazu: wróg i zbawca, my i oni, chaos i porządek. Kłamstwo polityczne nie musi być wyrafinowane, jeśli trafia do ludzi których mózgi są już w trybie przetrwania. Wystarczy że jest głośne, proste i daje wrogom twarz.

Jest jednak jeszcze jeden mechanizm — trudniejszy do przyjęcia, który dotyczy nas bezpośrednio. Kiedy człowiek zainwestował emocjonalnie w jakieś przekonanie, mózg nie przetwarza sprzecznych informacji jak naukowiec przetwarza kontrprzykład. Przetwarza je jak atak na własną tożsamość.
Leon Festinger obserwował to w latach pięćdziesiątych, badając sektę która przepowiedziała koniec świata na konkretny dzień. Gdy ten dzień nadszedł i minął bez katastrofy, oczekiwał że członkowie odejdą rozczarowani. Stało się odwrotnie — większość wzmocniła wiarę i zaczęła intensywniej nawracać innych. Przyznanie błędu oznaczałoby zawalenie całej tożsamości, nie tylko korektę jednego poglądu. Mechanizm jest ten sam w sekcie, w partii i w narodzie — im więcej człowiek zainwestował, tym więcej kosztuje prawda. Entuzjazm wobec silnego przywódcy nie jest irracjonalny w próżni. Jest racjonalny wobec warunków, w których mózg wybiera wewnętrzną spójność nad zewnętrzną prawdę — bo spójność to przetrwanie, a prawda to tylko informacja.

Można żyć wyobrażeniem. To konieczność, bo rzeczywistość jest zbyt złożona by wejść w nią bez żadnego filtru. Wyobrażenie ma jednak tylko jedną właściwość, która decyduje o tym czy jest narzędziem czy klatką: zdolność do korekty w zetknięciu z faktami. Moje wyobrażenie rozpadło się. Było to nieprzyjemne. Rozpadło się właściwie. Ludziom z lat trzydziestych nie brakowało informacji. Brakowało gotowości do korekty — albo czasu na jej dokonanie, zanim stała się niemożliwa.
My tę możliwość jeszcze mamy. To jest pytanie, które każdy może sobie zadać. Problem polega na tym, że jedni sądzą, że to ci drudzy powinni skorygować swój światopogląd. Parafrazując — głupi przecież nie wie, że jest głupi. A Ty do których się zaliczasz?

Scroll to Top