Pierwsza opowieść

Drzewo usycha bez pytania, dlaczego. Korzenie przestają ciągnąć wodę, liście opadają, grzyb przejmuje pień i przerabia go na glebę, z której wyrośnie następne drzewo, a w tym obiegu nic nie domaga się wyjaśnienia. Przez setki milionów lat tak wyglądało życie na tej planecie: pojawianie się, trwanie i przemijanie w całości, która niczego nie musiała nazywać. Ból istniał, bo istniał głód i drapieżnik, lew zabijał młode rywala, szympans prowadził wojnę o terytorium, a ból kończył się razem z bólem i nie miał ciągu dalszego w opowieści.

Potem w jednej z gałęzi tej wielkiej sieci pojawiła się istota, która zaczęła patrzeć na siebie patrzącą. Można wyobrażać sobie świadomość jako zdolność, która od początku spała w glebie, jak potencjał zapisany w nasieniu i czekający na wodę, albo jako coś, co dopiero spotkanie składników wytwarza i czego żaden z nich osobno nie miał. Wybór między tymi obrazami jest założeniem wyjściowym, którego żadne badanie dziś nie rozstrzyga, a trudny problem odczuwania czeka na rozwiązanie. W jednym oba obrazy się zgadzają: nikt tej zdolności nie zaplanował. Wyrosła z natury i dlatego pozostaje jej częścią, jest sposobem, w jaki natura zwraca się ku sobie. Można być, nie pytając, tak jak drzewo, niemowlę i człowiek w głębokiej ciszy, ale pytać, nie będąc, się nie da, więc pytanie należy do bycia jako jeden z jego trybów.

Trzysta tysięcy lat takiej istoty to około dwunastu tysięcy pokoleń. Rysowały zwierzęta w jaskiniach, paliły ogień, grzebały zmarłych, a pisać zaczęły dopiero w dwusetnym pokoleniu od końca. To, co nazywamy historią, obejmuje więc niespełna dwa procent przeżytego czasu, i to jego najgłośniejszą część, bo hałas zostawia ślady, a cisza zostawia ich niewiele. Obserwuję powtarzające się cykle na próbie tak małej, że nie wiem, czy to cykl, czy dopiero rozgrzewka, a pytanie o cywilizacje sprzed zapisu zostaje otwarte bez przechylania w żadną stronę.

W zapisie, który mamy, to samo rozpoznanie wraca w różnych językach. Budda mówi o pragnieniu i o złudzeniu trwałego „ja”, Księga Rodzaju o owocu wiedzy i wstydzie, który przychodzi razem z nią, stoicy o sądach o rzeczach. Tworzą rodzinę podobieństw, której wspólny kierunek wskazuje na odrębność wytwarzaną przez refleksyjną świadomość. Świadomość nie wynalazła bólu. Wynalazła opowieść o bólu, a opowieść działa jak druga strzała: pierwsza rani ciało, druga wbija się w sens. Sens potrafi ranić głębiej niż rana, ale bez sensu ból byłby nie do uniesienia, i na tym rozdarciu zbudowano znaczną część kultury.

Mechanizm pokazuje się z odległości kilku pokoleń. Informacja o bólu przechodzi przez etapy i na jednym z nich ginie: ci, którzy cierpieli i coś zrozumieli, umierają, a dalej idzie opowieść o cierpieniu z lękiem i urazą doklejonymi do faktów, bo zrozumienia nie da się przekazać słowami, a lęk przekazuje się bez trudu. Wyobraźnia oderwała też lęk od zagrożenia, które jest teraz: zwierzę boi się drapieżnika, którego widzi, człowiek boi się tego, o którym opowiedział dziadek. Wiedza gromadzi się w książkach, narzędziach i instytucjach, a dojrzałość startuje od zera przy każdym narodzeniu. Każde pokolenie dostaje coraz lepsze narzędzia i ten sam fabrycznie nowy, nieprzećwiczony układ nerwowy, więc zdolność niszczenia rośnie, a zdolność powściągania może stać w miejscu. Dane nie rozstrzygają, czy cofamy się, krążymy, czy kołyszemy.

Najwyraźniej widać, jak ból zamienia się w uprawnienie, w tradycji, która sama od niego zaczęła. Amos mówi, że naród wybrany odpowie za winy surowiej od innych, bo został poznany bliżej, a Tora każe pamiętać, że byliście obcymi w Egipcie, żeby nie uciskać obcego. Pamięć cierpienia miała poszerzać krąg „my”. Potem następuje odwrócenie, ludzkie i widoczne w każdej tradycji, która przyznaje cierpieniu kapitał moralny: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” przechodzi w „skoro mnie skrzywdzono, mam prawo”. Prześladowca mówi to samo co prześladowany, tylko z krzywdą wyobrażoną, jak zatrute studnie albo rytualny mord, którego nie było, i pogromy w Nadrenii w 1096 roku mają ten sam schemat co wiele późniejszych. Niewinność jest najtrwalszą walutą, jaką ludzie wymyślili, więc wniosek „nigdy więcej nikomu”, który nikomu nie pozwala pozostać niewinnym, kosztuje drogo. Tańsza wersja brzmi „nigdy więcej nam” i zostawia maszynę nietkniętą, zmieniając tylko to, kto trzyma dźwignię.

Kultury o długiej pamięci uczą się przeżywać upadek. Chiny wbudowały cykl w samą teorię dziejów: dynastia rośnie, gnije, traci mandat nieba i ustępuje następnej. Polska ma w hymnie zapewnienie, że jeszcze nie zginęła, czyli skrypt przetrwania, który działał przez sto dwadzieścia trzy lata bez państwa. Kto wie, że wstanie, ma mniej powodów, by uważać przy upadku, a cena tej wiedzy bywa liczona w milionach ludzi: tajpingi, Wielki Skok, rozbiory, dwie wojny. Widzimy przy tym tylko kultury, które wstały, więc nie wiemy, ile skryptów przetrwania okazało się zwykłym pocieszeniem.

Jeden wyjątek zasługuje na dłuższe spojrzenie. Francja i Niemcy, które przez stulecia nie przestawały się zabijać, od 1945 roku nie prowadzą wojen, bo 9 maja 1950 roku Robert Schuman zaproponował wspólny nadzór nad węglem i stalą, czyli nad tym, z czego robi się armaty. Układ uczynił wojnę między uczestnikami materialnie niemożliwą i działa także wtedy, gdy pamięć słabnie, a lęk wraca. Przyjaciel, którego już nie mam, siostrzeniec Schumana, opowiadał mi o nim nie tylko jako o postaci z historii, lecz o człowieku, który zasiał w nim ziarna humanizmu, samodyscypliny i krytycznej refleksji; to, czego nauczył się od wuja jako dziecko, przekazał również mnie. To jeden przypadek, poprzedzony katastrofą i wsparty naciskiem zimnej wojny, więc wniosek z niego jest hipotezą, a nie prawem. Zmienną, która w tych cyklach naprawdę się rusza, jest rozmiar kręgu „my”: lęk go zawęża, a konstrukcja potrafi go poszerzyć.

Każda z tych opowieści, o narodach, wybraniu i pamięci, musi gdzieś zamieszkać, a jedynym dostępnym domem jest człowiek. Kręgu „my” nie widać na mapie, istnieje w głowach, które kiedyś były dziecięcymi głowami, i tam odbywa się cała jego geografia. Zanim ktokolwiek usłyszy o pogromie albo o Schumanie, rodzi się w świecie, w którym opowieść już trwa, i pierwsze, co o niej wie, wie ciałem: z ramion, które go podnoszą albo nie. Cywilizacja nie czuje, gatunek nie czuje, „ludzkość cierpi” jest skrótem, a cierpią konkretni ludzie, każdy w swoim ciele i w swoim czasie.

Dziecko porzucone przez matkę dostaje brak zamiast wiadomości, odczytywany układem nerwowym, który jeszcze nie zna słowa „powód”, a mimo to musi wnioskować, bo wyjaśnienie bywa warunkiem przetrwania. Pierwsza opowieść o bólu powstaje więc w nim, bez świadków i bez możliwości sprawdzenia, i brzmi zwykle: coś jest ze mną nie tak, albo: świat nie jest bezpieczny. Ta sama operacja, którą widzieliśmy w skali narodów, nadanie bólowi sensu, bo bez sensu byłby nie do uniesienia, odbywa się w jednym małym człowieku i rośnie razem z nim.

Z jednych dzieci wyrastają potwory, z innych ludzie o ogromnej wrażliwości, których potwory pożerają, ale podział jest mniej wyraźny. Z badań Kaufmana i Ziglera z lat osiemdziesiątych wynika, że mniej więcej jedna trzecia krzywdzonych dzieci krzywdzi później własne, przy czym liczby są sporne, więc większość tego nie robi. Emmy Werner śledziła przez cztery dekady dzieci z wyspy Kauai: około jedna trzecia z grupy wysokiego ryzyka dorosła do stabilnego życia, a wśród czynników ochronnych, obok temperamentu, umiejętności i wsparcia z zewnątrz, wracał co najmniej jeden troskliwy dorosły, niekoniecznie rodzic. Alice Miller nazywała taką osobę świadkiem wiedzącym: kimś, kto widzi dziecko i jego krzywdę i pozwala nadać bólowi inną opowieść niż wyrok na siebie albo na świat. Dziecko, które musiało czytać nastrój nieprzewidywalnego dorosłego, żeby przetrwać, uczy się uwagi skierowanej na cudze wnętrze, a ta umiejętność może wyrosnąć w czułość albo w kontrolę. Ten, kto czyta cudze wnętrze, by się opiekować, i ten, kto czyta je, by manipulować, mają ten sam instrument, a pierwszy jest bezbronny wobec drugiego z powodu własnej wrażliwości; wzorzec opisano w literaturze o nadczujności, choć nie jest rozstrzygnięty.

Most między dzieckiem a cywilizacją ma słabe ogniwo. Rana z dzieciństwa tłumaczy część okrucieństwa, ale dobrych danych na to, że tłumaczy okrucieństwo masowe, brakuje. Wykonawcy zbrodni na wielką skalę, jak policjanci z batalionu rezerwy opisani przez Browninga w „Zwykłych ludziach”, byli w większości zwykłymi dorosłymi, których układ uczynił uczestnikami. Rana pokoleniowa i opowieść zbiorowa splatają się jako dwa mechanizmy. Układ Schumana działa tam, gdzie zawodzą pamięć i lęk, a w skali jednego dziecka układem bywa człowiek, który patrzy i widzi.

Zostaje odpowiedź na pytanie, kto płaci za cenę świadomości. Płacą jednostki, a rachunek nie trafia do gatunku, który nikogo nie czuje, a pytanie „po co” może być źle postawione, bo zakłada kogoś, kto miał zamiar, gdy tymczasem ewolucja dłubała w tym, co było pod ręką. Ból jest informacją, być może wiadomością, którą całość wysyła sobie przez nas, nie wiedząc, jak ją odczytać. My, dorośli i wykształceni, spędzamy życie na redagowaniu tekstu, o którym nie pamiętamy, że go pisaliśmy.

Myśl Schumana nie dotarła do mnie przez deklarację z 9 maja ani przez podręcznik. Dotarła przez człowieka, który jako dziecko przebywał w jego obecności, nosił to w sobie przez całe życie i kiedyś zaczął o tym mówić do mnie. Po drodze każde ogniwo przekłada to, co dostało, na własne życie: z myśli o węglu i stali powstaje w siostrzeńcu ziarno, a we mnie coś trzeciego, czego nikt nie zaplanował. Role, w jakich występujemy, wuj, siostrzeniec, mentor, uczeń, są etykietami, które przychodzą później, a to, co dzieje się między ludźmi, jest przemianą: ktoś zobaczył u kogoś sposób bycia i po latach ten sposób okazuje się jego własnym sposobem patrzenia. Taką drogą przechodzi to, czego nie da się przekazać pouczeniem, i dlatego świadek wiedzący bywa wujem, nauczycielem albo sąsiadem, kimkolwiek, kto jest obecny wystarczająco długo i patrzy wystarczająco uczciwie. Opowieść z lękiem biegnie przez pokolenia szybko i w tłumie, a ta droga idzie powoli, jedna osoba po drugiej, i nie wiem, czy w skali gatunku wystarczy. W skali jednego życia dane są łaskawsze: troskliwy dorosły wraca wśród czynników, które chronią, choć nigdy nie działa sam. Czasem ktoś siada obok i czyta z nami ten tekst, o którym nie pamiętamy, że go pisaliśmy, i wtedy okazuje się, że można go przeczytać inaczej, niż go napisano, a ten, kto czyta, nie wie jeszcze, że zaczyna go przepisywać dla następnego.

Scroll to Top