
Na ściółce pod bukiem leży sarna. Martwa od tygodnia, może dziesięciu dni — sierść już matowa, brzuch zapadnięty, w oczodołach pustka, którą wypełniły muchy i ich potomstwo. Nikt nie przyszedł jej pożałować. Za to przyszli wszyscy inni: chrząszcze grabarze, larwy, grzybnia, bakterie beztlenowe pracujące w głębi tkanki, gdzie tlen już nie sięga. Za miesiąc zostanie z niej odcisk w glebie i trochę fosforu, który następnej wiosny wejdzie w korzenie pobliskiego dębu — nie jako metafora, lecz jako fakt chemiczny, możliwy do zmierzenia.
To jest dokładnie ta trzeźwość, której współczesna wyobraźnia najchętniej unika. Świat przyrody ugrzązł w sielankowej opowieści o łagodnej Matce Naturze — opiekunce rozdającej leśne owoce, czuwającej nad dobrostanem każdego stworzenia. Gaja tej opowieści nie zna. Ma apetyt bez dna i zero skrupułów, a jej łagodność, którą tak chętnie jej przypisujemy, jest wyłącznie efektem skali, w jakiej patrzymy. Z bliska, w rozmiarze jednego życia, wydaje się cierpliwa. Z daleka jest maszynerią przemiału, obojętną na to, co akurat trafia między jej tryby.
Natura nie jest wegetarianką. Nie jest też drapieżnikiem w ludzkim sensie tego słowa — obie kategorie zakładają wybór, a wybór zakłada moralność, której biosfera do działania nie potrzebuje. Jest przewodem pokarmowym w skali planetarnej, w którym każde ciało to materia organiczna wypożyczona na procent, jakim jest rozkład. To, co nazywamy śmiercią, ziemia nazywa metabolizmem. Różnica tych dwóch słowników mierzy całą przepaść między naszą perspektywą a jej.
Gleba, z której wyrasta pszenica i dąb, jest cmentarzem i żołądkiem naraz — dwiema funkcjami tak dawno zrośniętymi, że przestały wydawać się sprzeczne. Grzybnia pod ziemią przesyła dalej związki, które jeszcze niedawno budowały układ nerwowy stworzenia zdolnego czuć strach przed śmiercią. Liść dębu rośnie na tej przesyłce. Wegetarianizm jako projekt czystości moralnej jest piękny, ale geochemicznie naiwny — bo roślina uznana za niewinną żywi się kośćmi i krwią poprzednich epok, przefiltrowanymi przez tysiąc pokoleń grzyba.
Nazwanie tego wszystkiego bezwzględnym jest tą samą projekcją co nazwanie tego czułym, tylko z odwróconym znakiem. Panteista widzi troskliwą matkę. Cynik widzi bezlitosnego kata. Obaj szukają w termodynamice adresata — kogoś, kto zauważył, kto zdecydował, kto ponosi odpowiedzialność. Ziemia nie jest okrutna, tak jak nie jest czuła. Jest nieadresowana. I to jest trudniejsze do zniesienia niż okrucieństwo, bo okrucieństwo przynajmniej zakłada, że ktoś po drugiej stronie zauważył twoje istnienie.
Mięso, kość, liść, minerał — dla planety to te same pierwiastki w różnych chwilowych układach, przepływające między formami tak jak woda przepływa między stanem ciekłym a parą, bez preferencji, w której akurat się znajdzie. Jesteś gościem przy najstarszym stole wszechświata, zajętym degustacją światła i cudzej materii. Rachunku nikt nie prowadzi. Ale danie zawsze wraca na stół.


