Próżność mój ulubiony grzech

Wolność, która nic nie kosztuje, ma zawsze rachunek, tylko wystawiony w innej walucie. Zaczyna się od ofiarowania czegoś, co brzmi jak wyzwolenie: dostęp, głos, widzialność, pierwszeństwo, VIP. Potem przychodzi przyzwyczajenie, po przyzwyczajeniu potrzeba, po potrzebie zależność, a ta okazuje się jedynym towarem, który ten układ naprawdę sprzedaje. Uzależnienie nie jest tu skutkiem ubocznym, tylko konstrukcją wbudowaną w ofertę od pierwszego dnia, jak hak ukryty w przynęcie, i im bardziej oferta wygląda na dar, tym głębiej siedzi zagięte ostrze. Obserwuję ten mechanizm od lat i nie widzę potrzeby rozpisywania go na nazwy i daty.

Zagrożeniem nie jest narzędzie. Technologia dostarcza możliwości, które mogłyby zbudować coś, co uwalnia, tak jak ta sama woda nadaje się do picia i do utopienia. Decyzję, że okno ma mieć kraty, podejmuje człowiek, i podejmuje ją po tej stronie, która oferuje: ktoś uznaje, że uwaga drugiego jest surowcem, a jego zależność modelem biznesowym. Nie trzeba do tego złej woli. Wystarczy pozycja, w której każdy krok ku większej zależności jest nagradzany, a każdy krok ku wolności użytkownika kosztuje przychód, i po kilku latach ludzie wierzą szczerze, że robią coś dobrego dla świata, bo inaczej trudno byłoby znaleźć siłę by rano wstać.

Po drugiej stronie siedzi ten, kto bierze. Nikt go nie zmusza i nikt go nie oszukuje w takim sensie, w jakim oszukuje się kogoś, kto nie wie, na co się godzi. Potrzebuje czegoś, co można dostać natychmiast i na żądanie: znaku, że ktoś go zauważył. Polubienie jest drobną monetą podziwu, wybijaną hurtowo, z licznikiem pokazującym stan konta, i trudno o dokładniejsze spotkanie popytu z podażą. Wolne miejsce zaprasza, żeby je zająć, a oferta pojawia się w tej samej sekundzie, w której człowiek zauważa, że miejsce jest wolne. Obie strony działają „dobrowolnie”, i to jest w tym układzie najtrudniejsze do przyjęcia, bo odbiera nam złoczyńcę.

To miejsce ma nazwę używaną od stuleci, i warto zobaczyć, co ona mówi. Polskie „próżny” wyrasta z próżni, łacińskie vanitas z vanus, czyli pustego, niemieckie eitel znaczyło dawniej tyle co puste i gołe, a hebrajskie hebel, które Luter oddał jako eitel, a polskie przekłady jako marność, oznacza tchnienie, parę nad kubkiem. Trzy języki, jeden obraz: naczynie ma kształt i brakuje mu zawartości. Pycha potrafi mieszkać w zamkniętym pokoju, bez jednego widza, a próżność potrzebuje oczu, bo środek ciężkości pożycza z cudzego spojrzenia, a oczy zmieniają zdanie, więc pożyczka wymaga codziennego odnawiania, jak abonament. Po obu stronach stołu siedzi ten sam brak: kto sprzedaje, wierzy, że jest niezbędny, a kto kupuje, wierzy, że wybiera świadomie.

Humanista we mnie widzi to zniewolenie i gorączkowo poszukuje myśli, mechanizmów, narzędzi, które wyzwolą człowieka, i jedyne co odnajduję, to absurd, którym jest każda próba znalezienia lepszego narzędzia. Narzędzie uczciwsze, wolne od haków, szanujące uwagę, da się zbudować i bywało budowane. Zwykle przegrywa z ofertą, która daje więcej podziwu, szybciej i za darmo, bo rynek jest dokładnym zapisem tego, czego ludzie chcą, a nie tego, co deklarują. Deklaracje są szczere i składają je wszyscy: mniej ekranu, więcej uwagi, uczciwsze społeczeństwo. Zachowanie mówi co innego, i to ono decyduje, co przeżyje. Narzędzie, które naprawdę uwalniałoby od licznika, zostałoby odinstalowane przez tych, których miało uwolnić, jako dające za mało. Szukanie rozwiązania na poziomie technologii prowadzi więc w pustkę, bo nikt nie kupi remedium na to, co sprawia mu przyjemność.

Lajki dają podziw, a podziw dotyczy roli, stroju, wyniku, tego, co się pokazuje. Człowiek, który go zbiera, wraca z pełnymi rękami i pustym wnętrzem, jak ktoś, kogo karmiono fotografią obiadu. Brak, który próżność próbuje zasypać, często nie jest brakiem podziwu. Chodzi o uznanie, a ono ma inną walutę: to spojrzenie, które zatrzymuje się na człowieku poza funkcją, jaką w tej chwili pełni. Oferta nie może go dostarczyć, ale może dostarczyć substytut, a ten z natury nie syci jak orginał, więc człowiek wraca po kolejną porcję. Pętla jest produktem, a nie awarią: gdyby głód dawał się zaspokoić, rynek skończyłby się w dniu otwarcia.

Adwokat diabła jak w filmie, nikogo do niczego nie zmusza. Ustawia dekoracje i czeka, aż ktoś podpisze, a na koniec wyznaje z czułością, że jego ulubionym grzechem jest próżność, bo ten grzech nie wymaga żadnej pomocy z jego strony: wystarczy zapewnić widownię, a człowiek zacznie grać bez reżysera. Szukanie lepszego narzędzia jest uczciwym odruchem lecz prowadzi do nikąd, ponieważ odpowiedzialność nie leży w narzędziu, a po obu stronach stołu, przy którym nikt jej nie chce. Zostaje pytanie, czy kiedykolwiek chcieliśmy czegoś innego, czy tylko przez chwilę wydawało się, że chcemy, bo było za darmo.

Czy wolność zawsze była sprawą mniejszości, tych, którzy zauważają cenę, zanim przyjdzie rachunek, i zgadzają się zapłacić, podczas gdy reszta wybiera łańcuch, który wygodnie leży w dłoni? Patrzenie bez odwracania wzroku pozostaje wyborem, którego nikt nam nie odbierze, ale nie wiem, czy jest już wszystkim, czy dopiero początkiem.

Scroll to Top