dysonans poznawczy – Mahiola https://mahiola.com Path of Nature Fri, 03 Apr 2026 08:45:15 +0000 en-US hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.9.4 https://mahiola.com/wp-content/uploads/2023/02/cropped-81283EE3-7EF6-4391-B948-8A99ADE0CF0D-32x32.png dysonans poznawczy – Mahiola https://mahiola.com 32 32 Wstyd. Twój osobisty prześladowca https://mahiola.com/wstyd-twoj-osobisty-przesladowca/ Fri, 03 Apr 2026 08:45:15 +0000 https://mahiola.com/?p=3711 Zanim pojawi się słowo, jest gardło — i coś w nim się dzieje — nie ból, nie kaszel, ale jakby […]

The post Wstyd. Twój osobisty prześladowca appeared first on Mahiola.

]]>

Zanim pojawi się słowo, jest gardło — i coś w nim się dzieje — nie ból, nie kaszel, ale jakby powietrze zmieniło gęstość. Ułamek sekundy zanim otworzysz usta żeby powiedzieć to co naprawdę myślisz, ciało już wie że tego nie powie. Nie decyduje głowa. Nie decyduje wola. Decyduje coś starszego — coś co zostało zaprogramowane zanim nauczyłeś się czytać. To ściśnięcie w gardle, ten lekki skurcz w klatce piersiowej, to napięcie które pojawia się dokładnie w chwili gdy masz się pojawić — to jest wstyd. Jeszcze bez nazwy. Jeszcze bez historii. Tylko ciało które pamięta że bycie sobą kiedyś kosztowało.

Można żyć całe życie nie wiedząc że ten mechanizm istnieje. Że każde nie ma sprawy, każde mnie to nie dotyczy, każde proszę się nie fatygować — to nie jest grzeczność. To jest stara strategia przetrwania, która dawno przestała być potrzebna, ale nikt jej nie odwołał. Człowiek nosi ją jak płaszcz który był potrzebny przez jedną zimę, a teraz jest środek lata — ale ręka wciąż sięga po niego rano przy drzwiach. Automatycznie. Bez myślenia.

Wstyd nie rodzi się w dorosłości. Rodzi się tam gdzie po raz pierwszy doświadczyłeś że twoja obecność jest problemem. Może nie padło żadne dramatyczne zdanie. Może był tylko wzrok — zmęczony, rozczarowany, przechodzący przez ciebie jak przez szybę. Może było to tak się nie robi wypowiedziane mimochodem, bez złości, co było gorsze niż złość, bo złość przynajmniej traktuje serio. Albo co ludzie powiedzą — zdanie które nie mówi nic o tobie, ale mówi wszystko o tym, co ważniejsze od ciebie. Gdy słyszysz to tysiąc razy, w różnych formach, od osób które kochasz i od których zależysz — przestajesz pytać czy jesteś w porządku. Wiesz że nie jesteś. To wiedza wcześniejsza niż logika i odporna na argumenty.

Wstyd osiada w człowieku jak zaprawa murarska. Nie widać go z zewnątrz — nie ma wyglądu, nie ma zapachu, nie wypisuje się na twarzy w sposób który łatwo zidentyfikować. Ale betonuje. Betonuje elastyczność, spontaniczność, zdolność do zajmowania przestrzeni. Człowiek który nosi głęboki wstyd porusza się wśród innych jak ktoś kto jest gościem tam gdzie powinien być gospodarzem. Przeprasza za obecność zanim ktokolwiek mu ją zakwestionuje. Pomniejsza własne potrzeby zanim ktoś zdąży je odrzucić. To nie pokora — pokora ma w sobie coś godnego, coś z wolnego wyboru. To jest coś innego: to jest prewencja. Lepiej samemu powiedzieć że się nie liczy, żeby nikt inny nie musiał tego mówić.

I tu zaczyna się to, co psychologia nazywa dysonansem poznawczym — ale co w praktyce wygląda znacznie bardziej niewinnie i znacznie bardziej destrukcyjnie. Człowiek ze wstydem wie że coś czuje. Wie że jest zmęczony, że jest zraniony, że coś mu się nie podoba, że chciałby inaczej. Ta wiedza jest w nim — fizyczna, wyraźna, niepodważalna. Ale między tą wiedzą a tym co mówi na głos istnieje szczelina, która z czasem staje się przepaścią. Wszystko w porządku. Nie, nie jestem zły. Oczywiście że rozumiem. Daj spokój, to drobiazg. Mówi to i jednocześnie czuje coś dokładnie przeciwnego — ale ta sprzeczność nie jest dla niego zaskoczeniem. Ona jest normalnym stanem. I tu zaczyna się coś jeszcze ciemniejszego: gdy człowiek przez wystarczająco długo mówi na głos coś innego niż czuje, zaczyna tracić dostęp do tego co czuje. Nie kłamie już świadomie — on naprawdę nie wie. Pytasz go jak się czuje, a on patrzy w siebie jak w pustą szufladę. Sygnały wewnętrzne są dla niego szumem, bo przez lata trenował ich ignorowanie — i ten trening okazał się zbyt skuteczny. Zostaje człowiek sprawny na zewnątrz i zagubiony wewnątrz, który szczerze nie rozumie skąd bierze się to chroniczne napięcie, ta bezprzyczynowa pustka, to uczucie że żyje trochę obok siebie.

Ten rozdźwięk ma konsekwencje. Mózg który regularnie przetwarza dwie sprzeczne prawdy jednocześnie produkuje niepokój jako stan bazowy — nie jako reakcję na konkretne zagrożenie, ale jako rodzaj klimatu wewnętrznego. Człowiek nie wie skąd ten niepokój pochodzi, bo zgubił sygnały które by mu to powiedziały. Szuka więc przyczyny na zewnątrz: w okolicznościach, w innych ludziach, w pracy, w ciele. Stąd psychosomatyka wstydu jest rozległa — bóle głowy, napięcia mięśniowe, problemy trawienne, zaburzenia snu, chroniczne zmęczenie bez uchwytnej przyczyny. Ciało przechowuje to co umysł odrzucił. I upomina się o to z odsetkami.

Ale największy koszt wstydu nie jest somatyczny. Jest relacyjny. Człowiek który nie wierzy w prawo do własnej obecności buduje relacje na fundamencie asymetrii — daje więcej niż dostaje, bo branie wymaga wiary że jest się tego wartym. Staje się ekspertem od potrzeb innych ludzi, a wobec własnych — amatorem albo dezerterem. W przyjaźniach jest niezawodny, dyspozycyjny, cierpliwy — i nikt nie pyta jak on się czuje, bo wygląda jakby zawsze wszystko było w porządku. W miłości przyciąga ludzi którzy potwierdzają jego podstawową narrację — że trzeba zasługiwać, że trzeba udowadniać, że miłość jest czymś co się zdobywa, nie czymś co po prostu jest. To nie jest pech. To jest logika wstydu działająca z matematyczną precyzją: szukam środowiska które potwierdzi to co już wiem o sobie.

I tu pojawia się mechanizm który jest najtrudniejszy do zobaczenia z zewnątrz, a dla samego człowieka często niewidoczny przez dekady. Zachowania które wyrastają ze wstydu wyglądają jak cnoty. Perfekcjonizm — czy to nie jest sumienność? Ugodowość — czy to nie jest empatia? Niewidzialność — czy to nie jest skromność? Nadmierna odpowiedzialność za innych — czy to nie jest troska? Każde z tych zachowań ma swoją cnotliwą narrację i każde pełni tę samą funkcję: zapobiega sytuacji w której ktoś mógłby zobaczyć że coś jest nie tak. Że jest się zbyt wiele. Że jest się za mało. Że jest się — i to już jest ryzyko samo w sobie. Perfekcjonizm mówi: jeśli zrobię to bezbłędnie, nikt nie będzie mógł mnie skrytykować. Ugodowość mówi: jeśli zawsze się zgadzam, nikt nie będzie miał powodu mnie odrzucić. Niewidzialność mówi: jeśli mnie nie widać, nie mogę być problemem. To nie są strategie głupich ludzi. To są strategie ludzi inteligentnych, którzy nauczyli się adaptować do środowiska które kiedyś było zagrożeniem. Problem polega na tym że środowisko się zmieniło, ale strategie zostały.

Gdy te mechanizmy pracują latami, zacierają granicę między charakterem a obroną. Człowiek przestaje wiedzieć co w nim jest autentyczne, a co jest strategią. Czy naprawdę lubi być sam, czy boi się relacji? Czy naprawdę nie chce więcej, czy nie pozwala sobie chcieć? Czy naprawdę jest spokojny, czy nauczył się nie czuć tego co go niepokoi? To są pytania na które nie ma szybkich odpowiedzi, bo mechanizm wstydu jest częściowo taki, że człowiek nie może mu się przyjrzeć bezpośrednio — za każdym razem gdy zbliży się za bardzo, pojawia się ten sam skurcz w klatce piersiowej, to samo napięcie w gardle, i coś przesuwa uwagę gdzie indziej. Wstyd broni się przed rozpoznaniem, bo rozpoznanie go osłabia.

Powiedziałem kiedyś do przyjaciela: nie podoba mi się to jak do mnie mówisz. W odpowiedzi usłyszałem: tak, ze mną zawsze jest coś nie tak. Próbowałem wytłumaczyć że chodziło mi o słowa których użył, nie o niego — ale było już za późno. Schemat zadziałał szybciej niż moje zdanie. Zrozumiałem wtedy że człowiek funkcjonujący w głębokim wstydzie nie słyszy krytyki zachowania. Słyszy krytykę osoby jako takiej — bo dla niego te dwie rzeczy nigdy nie zostały rozdzielone. Ktoś mu kiedyś powiedział czego nie wolno robić w taki sposób, że czego nie wolno robić i czym jesteś stały się tym samym zdaniem. Odtąd każda uwaga trafia w fundament — zamiast w zachowanie, którego dotyczyła.

To rodzi pytanie które od tamtej rozmowy mi towarzyszy: jak powiedzieć komuś że coś mi się nie podoba, żeby usłyszał właśnie to, a nie że on mi się nie podoba. Od zewnątrz jest to prawie niemożliwe, dopóki człowiek sam nie zacznie rozróżniać. Ale gdy ktoś bliski, w chwili spokoju, z życzliwością powie mu: to co zrobiłeś jest nie tak, ale nie ty — coś się uruchamia. Jeszcze nic nie zmienia. Ale jak kurtyna odsunięta o centymetr — za nią jest głębiej niż się zdawało. To pierwsze rozróżnienie jest początkiem drogi nie dlatego że usuwa wstyd, ale dlatego że tworzy szczelinę między tym co się robi a tym czym się jest. W tej szczelinie zaczyna oddychać coś co przez lata nie miało powietrza.

Droga od wstydu do poczucia własnej wartości nie jest prostą linią i nie jest szybka, i każdy kto mówi inaczej sprzedaje coś czego nie powinien sprzedawać. Jest to raczej seria drobnych rozpoznań, z których każde kosztuje odwagę — odwagę powiedzenia na głos tego co się czuje, zanim głos wewnętrzny zdąży powiedzieć że nie warto. Odwagę przyjęcia pomocy bez natychmiastowego szukania sposobu żeby się odwdzięczyć. Odwagę siedzenia z własnym dyskomfortem bez uciekania w perfekcjonizm, ugodowość, pracę, ironię — we wszystko co przez lata służyło jako wyjście awaryjne. Każde takie rozpoznanie jest małe. Żadne nie jest ostateczne. Ale każde zmienia nieco proporcje między tym co odziedziczone a tym co wybrane. Z czasem, gdy człowiek zaczyna odróżniać to co robi od tego kim jest — wstyd nie znika. Ale traci swoją siłę rażenia. Przestaje być prześladowcą. Staje się informacją.

The post Wstyd. Twój osobisty prześladowca appeared first on Mahiola.

]]>
Między rozwojem a upadkiem https://mahiola.com/miedzy-rozwojem-a-upadkiem/ Wed, 01 Apr 2026 19:32:16 +0000 https://mahiola.com/?p=3705 Historia nie lubi być nazywana mechanizmem. Woli uchodzić za los, za wyrok, za coś co po prostu się przydarzyło — […]

The post Między rozwojem a upadkiem appeared first on Mahiola.

]]>
Historia nie lubi być nazywana mechanizmem. Woli uchodzić za los, za wyrok, za coś co po prostu się przydarzyło — bo gdyby była mechanizmem, ktoś musiałby wziąć za nią odpowiedzialność.

Łatwiej mówić o “kryzysie”, o “trudnych czasach”, o “złożoności świata współczesnego” — słowach, które opisują wszystko i nic jednocześnie. Tymczasem mechanizm działa dalej, z tą samą geometrią co zawsze:

Ekspansja -> wewnętrzna sprzeczność -> absurd jako stadium końcowe -> rozpad -> cisza i od początku.

Neron był absurdem — nie dlatego że podpalał Rzym, to mieściło się w logice człowieka odciętego od rzeczywistości przez sam system który go wytworzył. Absurdem było utrzymywanie formy imperium gdy treść dawno wyparowała, gdy aparat był droższy niż wszystko co jeszcze produkował. Rzym nie upadł przez barbarzyńców. Upadł pusty, a barbarzyńcy tylko zauważyli, że drzwi są otwarte. Ten sam mechanizm działał w Weimarze, w ostatnich latach Związku Radzieckiego, działa dziś w bilansach państw zaciągających długi żeby spłacać odsetki od poprzednich długów — i nazywających to polityką fiskalną. Forma trwa. Treści nie ma.

Najbardziej charakterystycznym symptomem tej fazy nie jest dług ani nawet korupcja — to rzeczy mierzalne, więc przynajmniej nazwane. Charakterystyczne jest to, co dzieje się z percepcją. Kiedy system wchodzi w stadium absurdu, fakty i mity stają się wymienne — nie dlatego że ludzie głupieją, ale dlatego że lęk zmienia epistemologię. Człowiek przestraszony nie szuka weryfikacji zagrożenia. Szuka jego potwierdzenia. To neurobiologia obronna, precyzyjna na rzeczywistość sawanny, całkowicie głucha na rzeczywistość algorytmów karmiących się uwagą. Jeden absurd goni drugi nie dlatego że świat oszalał — ale dlatego że system w fazie schyłkowej wytwarza hałas, który zagłusza każdy sygnał wskazujący wyjście.

To rozerwanie ma nazwę, kilka nazw — i żadna z nich nie przynosi ulgi, ale każda mówi że to nie jest choroba jednostki. Festinger opisał mechanizm dysonansu kognitywnego: kiedy rzeczywistość i narracja którą nosimy przestają się zgadzać, umysł nie wybiera rzeczywistości — wybiera to co mniej boli. Le Bon wiedział że tłum zaraża się lękiem szybciej niż rozumem, bo lęk jest starszy ewolucyjnie i nie pyta o zgodę. Neurobiologia dodaje konkrety: ciało migdałowate przejmuje kontrolę, kortyzol zawęża pole widzenia dosłownie — człowiek widzi mniej, szybciej, i pewniej. Kuhn opisał to samo w skali cywilizacyjnej: paradygmat nie ustępuje stopniowo, on pęka — i w momencie pęknięcia wszyscy jednocześnie tracą grunt pod nogami i szukają czegoś czego mogą się uchwycić. To nie patologia. To precyzyjna, wielowarstwowa odpowiedź organizmu i zbiorowości na rozpad struktury która dotąd organizowała rzeczywistość. Człowiek który w takim momencie czuje że świat stracił logikę — nie myli się.

I właśnie tu pojawia się populizm — nie jako anomalia demokratyczna, ale jako produkt tej fazy, tak naturalny jak pleśń na wilgotnej ścianie. Populista nie tworzy lęku. On go adresuje, daje mu twarz i wroga, co przynosi ulgę identyczną z tą jaką daje każde uproszczenie złożoności. Ćwierć wieku pracy z ludźmi nad rozwojem świadomości dało mi głęboki wgląd w naturę tego mechanizmu — nie w skali historycznej, ale w skali człowieka, w gabinetach, w momentach gdy ktoś wolał proste wyjaśnienie bólu niż trudną prawdę o jego źródle. Demagog w skali makro robi dokładnie to co wewnętrzny sabotażysta w skali jednostki: daje bólowi nazwę i wroga — i w ten sposób czyni go znośnym, zamiast zrozumiałym.

Ciekawsze jest inne pytanie: co robi człowiek świadomy w środku tej fazy. Arystoteles zaczął Metafizykę od zdania które przez dwa i pół tysiąca lat nie straciło ani grama ciężaru: omnes homines natura scire desiderant — wszyscy ludzie z natury pragną poznania. Nie jako strategia, nie jako narzędzie — jako popęd równie pierwotny co głód, obecny zanim ktokolwiek zdecydował że to dobry pomysł. Stoicy wiedzieli że jedyne co człowiek posiada naprawdę to jakość własnego umysłu i kierunek własnej uwagi. Frankl odkrył to samo w warunkach gdzie nie zostało mu absolutnie nic innego. Ale żaden z nich nie opisał tego co czuje człowiek w momencie gdy coś naprawdę rozumie — tej ciszy która następuje gdy mechanizm świata nagle staje się przezroczysty, gdy chaos nie znika ale przestaje być obcy, gdy wiesz że to co widzisz jest prawdziwe i że nikt ci tego nie odbierze. Konsumpcja daje rzecz i kończy się w momencie zakupu. Poznanie zmienia aparat przez który patrzysz na wszystko inne — i zostaje.

Stałem kiedyś na wierzchołku góry i ten widok był mój w sensie w którym żaden przedmiot mój nigdy nie był — nie dlatego że był piękny, ale dlatego że zmienił miarę z jaką mierzę odtąd przestrzeń i własne miejsce w niej. Każde takie doświadczenie, każda podróż myśli albo ciała, zostawia zapis którego nikt nie zabierze, nie zdewaluuje, nie opodatkuje.

Cykl się toczy — to nie pesymizm, to mechanika. Systemy upadają z desperacją proporcjonalną do nieuchronności upadku, lęk jest paliwem tej fazy, populiści są jego zbieraczami. Człowiek który to rozumie nie stoi poza historią, ona dotyka go tak samo. Zachowuje jednak zdolność widzenia — a to w pewnych epokach wystarcza za wszystko.

The post Między rozwojem a upadkiem appeared first on Mahiola.

]]>
Malarz z Austrii i ja https://mahiola.com/malarz-z-austrii-i-ja/ Thu, 26 Mar 2026 10:33:59 +0000 https://mahiola.com/?p=3693 Jako młody człowiek cierpiałem na pewien rodzaj intelektualnej pychy. Trudno było mi pojąć, jak pokolenie, które chodziło na wykłady Husserla, […]

The post Malarz z Austrii i ja appeared first on Mahiola.

]]>

Jako młody człowiek cierpiałem na pewien rodzaj intelektualnej pychy. Trudno było mi pojąć, jak pokolenie, które chodziło na wykłady Husserla, wieszało na ścianach Klee i Grosza, znało Kanta na pamięć i mając w pamięci świeże okopy I wojny światowej, mogło patrzeć na postać tak groteskową jak malarz z Austrii i nie rozpoznać w niej nadchodzącej katastrofy. Słuchałem wykładów o ekonomicznej ruinie Weimaru, o propagandzie Goebbelsa i narodowej traumie Wersalu. Rozumiałem te mechanizmy tak, jak rozumie się schemat silnika spalinowego, nigdy nie brudząc sobie rąk smarem. Słowa były poprawne, ale martwe. Opisy nie pozwalały poczuć tamtych lat trzydziestych od środka. Do czasu.

I wtedy przyszedł developer z Nowego Jorku.

Na początku dostrzegłem w tym całym barbarzyńskim poruszeniu coś na kształt ożywczego wstrząsu. Nie upatrywałem w nim zbawcy, lecz liczyłem na to,że obnaży pustkę systemu, który na ten policzek rzetelnie zapracował. Nasza demokracja stała się skostniałą, biurokratyczną makietą, niezdolną do zajęcia się realnym bólem realnych ludzi. Myślałem: wystarczy ktoś radykalnie obcy, ktoś spoza systemu, ktoś zdolny rzucić kamieniem w tę szklaną wieżę — a wszyscy zobaczą jej pustkę. Król jest nagi, a fundamenty spróchniałe.To było rozumowanie błędne, niemal dziecięce w swej naiwności. System w stanie rozkładu nie przebudza się pod wpływem ciosu. On po prostu desperacko szuka nowego centrum ciężkości, choćby miało nim być dno. Uświadomiłem sobie wtedy, że ten mechanizm obserwowałem już wcześniej, w innych miejscach i scenografii. Pamiętam dzień, gdy stałem przed Casa Rosada w Buenos Aires i patrzyłem jak wdowa po Nestorze Kirchner odgrywa zmartwychwstanie Evity Perón — z tą samą retoryką ludu i wroga, z tym samym żarem, który nie znosi pytań. Kraj, który miał wszelkie warunki do dobrobytu, został wpędzony w ekonomiczną przepaść. Przez próżnię, którą wypełniło widowisko. Te spektakle stały się powtarzalną codziennością w różnych zakątkach świata.

W końcu zrozumiałem coś, co powinienem był wiedzieć wcześniej: że takie postacie nie dochodzą do władzy dlatego że są silne. Przejmują władzę dlatego że system przed nimi był tak słaby, tak pusty wewnętrznie, że wytworzył próżnię — a próżnia kieruje się własnymi prawami. Dokładnie tak było z malarzem z Austrii. Nie był geniuszem. Był człowiekiem przeciętnym, który trafił w pustkę wyprodukowaną przez struktury zbyt słabe by udźwignąć własne sprzeczności. To była chwila gdy kurtyna zdziwienia opadła. Zobaczyłem mechanizm na własne oczy — nie anomalię historyczną lecz prawidłowość.

Nie był to zresztą jedyny moment, w którym rzeczywistość skorygowała moje wyobrażenie. Lata temu sądziłem, że dychotomia jest prosta: zachodnia wolność kontra chińskie zniewolenie. Z czasem obraz spłowiał. Dostrzegłem, że w świecie zachodnim procesy demokratyczne stały się fasadą dla korporacyjnej technokracji, która dyktuje rządom nie tylko treść ustaw, ale i kształt naszej codzienności. W tym samym czasie Pekin — bez żadnych sentymentów dla praw jednostki — pokazał, że państwo może być jedynym realnym bezpiecznikiem zdolnym zdyscyplinować gigantyczny kapitał. To gorzka lekcja: Zachód pomylił wycofanie się państwa z wolnością, nie zauważając, że w powstałą próżnię weszły siły niemające żadnego społecznego mandatu, przed którymi zwykły człowiek nie ma już żadnej instancji odwoławczej.

Nieprzyjemność tego olśnienia polega na tym, że jest nieodwracalne. Kiedy raz widzisz jak szybko można zlikwidować prawo, które kosztowało dekady walki — jak jedno zarządzenie kasuje to co budowano przez pokolenia — coś w tobie zmienia się trwale. Patrzyłem na to i mówiłem sobie: ale oni to przecież widzą. I nagle poczułem tamtych ludzi z lat trzydziestych nie jako postacie z podręcznika, ale jako obecnych siedzących dokładnie obok mnie. Też patrzyli. Też widzieli. I też mówili sobie: muszą to widzieć.

Jest w tym wszystkim pewna rzeczywistość neurologiczna, którą warto nazwać, która wyjaśnia więcej niż jakakolwiek teoria polityczna. Kiedy człowiek doświadcza zagrożenia egzystencjalnego — ekonomicznego, tożsamościowego, społecznego — mózg przechodzi w tryb który ewolucja zaprojektowała do przeżycia, nie do myślenia. Struktury odpowiedzialne za ocenę długoterminowych konsekwencji tracą zasoby na rzecz reakcji natychmiastowej. Im wyższe pobudzenie emocjonalne, tym silniejsza potrzeba prostego obrazu: wróg i zbawca, my i oni, chaos i porządek. Kłamstwo polityczne nie musi być wyrafinowane, jeśli trafia do ludzi których mózgi są już w trybie przetrwania. Wystarczy że jest głośne, proste i daje wrogom twarz.

Jest jednak jeszcze jeden mechanizm — trudniejszy do przyjęcia, który dotyczy nas bezpośrednio. Kiedy człowiek zainwestował emocjonalnie w jakieś przekonanie, mózg nie przetwarza sprzecznych informacji jak naukowiec przetwarza kontrprzykład. Przetwarza je jak atak na własną tożsamość.
Leon Festinger obserwował to w latach pięćdziesiątych, badając sektę która przepowiedziała koniec świata na konkretny dzień. Gdy ten dzień nadszedł i minął bez katastrofy, oczekiwał że członkowie odejdą rozczarowani. Stało się odwrotnie — większość wzmocniła wiarę i zaczęła intensywniej nawracać innych. Przyznanie błędu oznaczałoby zawalenie całej tożsamości, nie tylko korektę jednego poglądu. Mechanizm jest ten sam w sekcie, w partii i w narodzie — im więcej człowiek zainwestował, tym więcej kosztuje prawda. Entuzjazm wobec silnego przywódcy nie jest irracjonalny w próżni. Jest racjonalny wobec warunków, w których mózg wybiera wewnętrzną spójność nad zewnętrzną prawdę — bo spójność to przetrwanie, a prawda to tylko informacja.

Można żyć wyobrażeniem. To konieczność, bo rzeczywistość jest zbyt złożona by wejść w nią bez żadnego filtru. Wyobrażenie ma jednak tylko jedną właściwość, która decyduje o tym czy jest narzędziem czy klatką: zdolność do korekty w zetknięciu z faktami. Moje wyobrażenie rozpadło się. Było to nieprzyjemne. Rozpadło się właściwie. Ludziom z lat trzydziestych nie brakowało informacji. Brakowało gotowości do korekty — albo czasu na jej dokonanie, zanim stała się niemożliwa.
My tę możliwość jeszcze mamy. To jest pytanie, które każdy może sobie zadać. Problem polega na tym, że jedni sądzą, że to ci drudzy powinni skorygować swój światopogląd. Parafrazując — głupi przecież nie wie, że jest głupi. A Ty do których się zaliczasz?

The post Malarz z Austrii i ja appeared first on Mahiola.

]]>