
Odkrycie Suzanne Simard zmieniło sposób w jaki rozumiemy las — ale być może nie zmieniło go wystarczająco daleko. Pokazała ona że drzewa funkcjonują w sieci transferu zasobów, w której donor i akceptor są połączeni przez grzybnię mikoryzową, a kierunek i intensywność przepływu zależą od stanu odbiorcy. To był przełom nie dlatego że idea była nieprawdopodobna, lecz dlatego że paradygmat nie miał dla niej miejsca: organizmy roślinne były dotąd traktowane jako jednostki konkurujące o zasoby, nie jako węzły sieci która aktywnie zarządza ich dystrybucją. Simard pokazała że sieć wie gdzie brakuje — i tam kieruje przepływ.
Pytanie które pozostało bez odpowiedzi brzmi: gdzie kończy się ta sieć? Czy granica gatunku jest granicą systemu? Dane które zebrały ostatnie dekady badań w neurobiologii, metabolomice i mikrobiologii sugerują że nie — że człowiek jest kolejnym węzłem w tej samej układance splątań, tyle że opisywanym przez inne dyscypliny, w innym języku, bez świadomości że mówią o tym samym przepływie.
Układ trawienny człowieka zaczyna się w glebie. Nie jest to metafora — jest to opis szlaku metabolicznego. Bakterie glebowe wchodzą z pokarmem do jelit i tam organizują skład mikrobiomów które będą przez całe życie człowieka regulować produkcję neuroprzekaźników, odpowiedź immunologiczną i odpowiedź na stres. Wiemy to z dokładnością do szczepów bakteryjnych i konkretnych szlaków biochemicznych. Mycobacterium vaccae aktywuje neurony serotoninergiczne przez oś jelitowo-mózgową — mechanizm zmierzony i opisany, nie postulowany. Dziewięćdziesiąt procent serotoniny produkują jelita, nie mózg, a skład flory jelitowej decyduje o tej produkcji bezpośrednio. Nerw błędny biegnie z jelit do kory przedczołowej i ciała migdałowatego: to czym karmione są mikrobiomy jelitowe, karmione są też struktury które organizują myślenie, empatię i regulację emocjonalną.
Simard śledziła węgiel izotopem C-13. Metabolomika śledziła substancje roślinne innymi znacznikami przez ludzki organizm. Obie linie badań opisują transfer — tyle że w różnych odcinkach tego samego szlaku. Donor i akceptor których Simard opisała przy brzozie i daglezji, i donor i akceptor których neurobiologia opisała przy glebie i ludzkim neuronie, są elementami jednego systemu który dotąd nie został opisany jako całość. Marchewka która wyrasta w glebie bogatej w mikoryzy i trafia do ludzkiego jelita nie jest końcem łańcucha pokarmowego — jest węzłem pośrednim w sieci transferu która zaczęła się w grzybie oplatającym korzeń i kończy w neuronie który produkuje substancje chemiczne decydujące o stanie człowieka. Brakującym ogniwem jest postawienie tych dwóch linii badań obok siebie i odczytanie ich jako opisu tego samego przepływu.
Mikoryza jako system jest jednak znacznie bardziej złożona niż cokolwiek co człowiek nosi w sobie jako swój mikrobiom. Ludzka flora jelitowa — grzyby, bakterie, archeony — jest fragmentem sieci, jej lokalnym wyrazem w specyficznym środowisku o określonej temperaturze, pH i składzie chemicznym. Sieć grzybni glebowej obsługuje jednocześnie setki gatunków roślin, dziesiątki typów gleby, zmienne warunki klimatyczne i dekady historii ekologicznej zakodowanej w strukturze strzępek i składzie wydzielanych substancji. To co człowiek nosi w jelitach jest jak terminal podłączony do sieci której większość infrastruktury leży poza nim — w glebie, w korzeniu, w grzybie który oplata korzeń i pamięta w swojej strukturze to czego żaden zapis nie przechowuje.
Ten terminal otrzymuje pierwsze połączenie z siecią przez matkę. Siara pierwszych dni laktacji zawiera nie tylko składniki odżywcze — zawiera żywe bakterie, przeciwciała, oligosacharydy które selektywnie odżywiają konkretne szczepy flory jelitowej, i substancje które organizują układ immunologiczny niemowlęcia zanim zdąży napotkać cokolwiek czemu musi stawić czoła. Kluczowe jest jednak to skąd te substancje pochodzą. Białka które budują siarę, cukry które kształtują florę jelitową niemowlęcia, tłuszcze które tworzą błony komórkowe jego układu nerwowego — żadna z tych substancji nie jest produktem matki w sensie pierwotnym. Matka przetworzyła to co sama otrzymała z sieci: rośliny które zjadła, zwierzęta które jadły te rośliny, mleko które sama piła, wodę którą piła, powietrze którym oddychała. Każda z tych dróg prowadzi z powrotem do fotosyntezy, do gleby, do grzyba który oplata korzeń. Matka jest węzłem przetwarzającym i przekazującym, nie źródłem. To co niemowlę otrzymuje przez siarę jest produktem sieci mikoryzowej przefiltrowanym przez organizm matki — tak jak daglezja otrzymuje przez grzybnię to co brzoza zsyntetyzowała z fotonów i minerałów gleby, przetworzone przez sieć strzępek które pośredniczą między nimi. Matka przekazuje dziecku mikrobiom który odziedziczyła po swojej matce, która odziedziczyła go po swojej, w łańcuchu który prowadzi przez pokolenia żyjące w kontakcie z konkretną glebą, konkretnymi roślinami, konkretną siecią mikoryzową. To jest funkcjonalny odpowiednik tego co Simard opisała jako uprzywilejowany transfer między drzewem matką a nasieniem które wyrosło w zasięgu jej korzeni — pierwsze i najbardziej bezpośrednie podłączenie nowego węzła do sieci przez węzeł który go poprzedza.
Przez całą historię przed gwałtownym przyspieszeniem mobilności i globalizacji żywności, człowiek żył w zasięgu tej samej sieci przez pokolenia. Lokalne mikrobiomy ludzkie były mikrobiomami lokalnej gleby — dostrojone do fitochemii roślin które w tej glebie rosły, do bakterii które tę glebę zamieszkiwały, do grzybów które organizowały transfer między roślinami a środowiskiem. Choroba jednego elementu tego systemu była chorobą całości, a zdrowie było zdrowiem całej tkanki, nie jednostki. Epidemiologia chorób cywilizacyjnych, kryzys zdrowia psychicznego i rozregulowanie układów immunologicznych których obserwujemy wzrost koreluje czasowo z odcięciem człowieka od lokalnych sieci ekologicznych — ale szukamy przyczyn w genomie, w stylu życia, w indywidualnych wyborach. Szukamy w węźle tego co jest w sieci.
Mikoryza nie jest jednym mechanizmem — jest rodziną relacji symbiontycznych które przyjmują różne formy w zależności od gatunku gospodarza. Ektomikoryza oplata korzeń z zewnątrz i dominuje przy dębach, bukach i sosnach. Mikoryza arbuskularna wnika do wnętrza komórek korzenia i obsługuje większość roślin zielnych oraz wiele drzew liściastych. Różna anatomia, różny zakres gatunkowy — to samo principium systemowe: symbiont grzybowy pośredniczy w transferze między organizmem a środowiskiem w sposób który jest wzajemny, kontekstowy i niemożliwy do zastąpienia przez żaden z osobnych jego elementów. Ludzki mikrobiom jelitowy nie jest analogią do mikoryzy — jest kolejną wersją tego samej zasady, dostosowanej do innego gospodarza i innego środowiska. Grzyby z rodzaju Candida i Saccharomyces które żyją w ludzkim jelicie są grzybami dosłownie, nie metaforycznie. Bakterie jelitowe pośredniczą między tym co człowiek przyjmuje z zewnątrz a tym co jego układ nerwowy i immunologiczny z tego robi — dokładnie tak jak grzyb mikoryzowy pośredniczy między minerałami gleby a metabolizmem rośliny. Środowisko jest inne: jelito zamiast gleby, błona śluzowa zamiast korzenia, stała temperatura zamiast zmiennych warunków gruntu. Ale logika systemu jest identyczna. Człowiek nie stoi obok sieci mikoryzowej jako jej obserwator lub beneficjent — nosi jej lokalną wersję w sobie, i przez pokarm, przez kontakt z glebą, przez oddychanie pozostaje z siecią w aktywnej wymianie której nie można zawiesić bez konsekwencji dla obu stron.
Rozszerzenie pojęcia mikoryzy poza królestwo roślin nie jest propozycją metaforyczną. Jest hipotezą o ciągłości systemu transferu który Simard opisała przy drzewach i który neurobiologia opisała przy człowieku — bez świadomości po żadnej ze stron że opisuje ten sam system. Weryfikacja tej hipotezy wymagałaby badań które śledzą szlak od konkretnej sieci mikoryzowej przez konkretną roślinę przez konkretny mikrobiom ludzki do konkretnego efektu neurologicznego — i które porównują ten szlak między populacjami żyjącymi w bogatych sieciach ekologicznych i populacjami od nich odciętymi. Metodologia istnieje. Dane cząstkowe istnieją po obu stronach. Brakuje pytania które połączy te strony w jeden eksperyment.
Człowiek jest jedynym gatunkiem który podjął próbę przeprojektowania sieci według własnych kryteriów. Modyfikacje genetyczne roślin, monokultury przemysłowe, herbicydy eliminujące gatunki uznane za nieproduktywne, fungicydy niszczące grzybnię glebową w imię wyższych plonów — każda z tych interwencji wynika z przekonania że system można ulepszyć przez uproszczenie, że można wybrać elementy które wydają się użyteczne i wyeliminować te które wydają się zbędne. Brzoza w monokulturze sosnowej jest chwastem z perspektywy rachunku ekonomicznego. Z perspektywy sieci mikoryzowej jest węzłem który zasila daglezję w węgiel w pierwszych latach jej wzrostu, zanim ta zdąży rozwinąć własny aparat fotosyntetyczny — co Simard zmierzyła i opisała z dokładnością izotopu. Wyeliminowanie brzozy jako nieproduktywnej daje monokulturę która jest biologicznie krucha, podatna na patogeny i wymagająca stałych interwencji chemicznych żeby w ogóle funkcjonować. Natura nie karze za takie decyzje w sensie moralnym. Pokazuje ich konsekwencje w sensie systemowym — i robi to z dokładnością której żaden model ekonomiczny nie przewidział. To samo dotyczy manipulacji genetycznych które tworzą odmiany odporne na jeden patogen, nie wiedząc że ta odporność jest możliwa dlatego że sieć w której odmiana działa jest nienaruszona. Gdy sieć zostaje zniszczona, odporność genetyczna okazuje się niewystarczająca — bo gen nie zastępuje ekosystemu. Cokolwiek człowiek wymyśli w laboratoriach i na polach, sieć mikoryzowa weryfikuje to w glebie, bez negocjacji i bez wyjątków. Nie dlatego że jest inteligentna w sensie który przypisujemy ludziom. Dlatego że jest starsza, bardziej złożona i działa na skalach czasu których żaden eksperyment rolniczy nie obejmuje.
Przejście od mechanizmów biochemicznych do pytania o tożsamość wymaga nazwania jednego faktu który jest zbyt prosty żeby go zauważyć. Drzewa produkują tlen — człowiek produkuje dwutlenek węgla który drzewa wiążą. To jest wymiana, nie jednostronna zależność. W tym jednym akcie oddychania widać już symbiozę w sensie ścisłym: dwa organizmy których metabolizmy są wzajemnie skalibrowane, których produkty przemiany materii są dla siebie nawzajem substratami. To nie jest metafora współpracy — to jest biochemia. I ten sam princyp obowiązuje na każdym innym poziomie: grzyb i korzeń, bakteria i błona śluzowa jelita, sieć mikoryzowa i ludzki mikrobiom. System jest zbudowany z wzajemnych zależności które działają w obu kierunkach.
Jest jednak asymetria której nie można pominąć. Drzewa były tu zanim pojawił się człowiek. Sieć mikoryzowa istniała przed pierwszym ssakiem, przed pierwszym kręgowcem lądowym, przed czymkolwiek co można by nazwać poprzednikiem człowieka. Ta sieć zbudowała warunki w których możliwe było pojawienie się gatunku tak metabolicznie kosztownego jak homo sapiens — i gdyby człowiek zniknął jutro, sieć kontynuowałaby swoje działanie bez żadnej przerwy. Odwrotna sytuacja jest biologicznie niemożliwa. Człowiek bez sieci nie przeżyłby jednej generacji — nie dlatego że jest słaby, ale dlatego że jego metabolizm, jego układ nerwowy, jego zdolność reprodukcyjna są zbudowane z tego co sieć dostarcza i nie mają alternatywnego źródła zaopatrzenia. Ta asymetria nie jest argumentem moralnym o tym jak człowiek powinien traktować naturę. Jest opisem struktury który określa czym człowiek jest w relacji do systemu który go poprzedza i podtrzymuje. Gość który nie może przeżyć bez gospodarza i który przyszedł po tym jak gospodarz już tu był, nie jest gospodarzem. Jest elementem systemu który go zawiera — niezależnie od tego co o sobie sądzi.
Pozostaje pytanie które wynika z powyższego w sposób logiczny, choć rzadko jest stawiane wprost. Drzewo wytwarza tlen którym człowiek oddycha, wodę którą oddaje przez transpirację i którą człowiek pije, owoce którymi człowiek się żywi, drewno z którego buduje schronienie i narzędzia, substancje którymi leczy swoje ciało. Każda z tych funkcji jest opisana oddzielnie — w ekologii, w medycynie, w historii kultury materialnej. Ale jeśli spojrzeć na nie razem, jako na jeden system świadczeń bez których gatunek ludzki nie przeżyłby jednego pokolenia, pojawia się pytanie które dotąd pozostaje bez odpowiedzi nie dlatego że jest trudne, lecz dlatego że jest niewygodne: czy człowiek jest gatunkiem zależnym od tego systemu, czy jest jego integralną częścią? Różnica między tymi dwoma określeniami nie jest semantyczna. Gatunek zależny stoi na zewnątrz systemu i korzysta z jego zasobów. Gatunek będący integralną częścią systemu funkcjonuje wewnątrz jego logiki — jego metabolizm, jego układ nerwowy, jego zdolności poznawcze są wyrazem systemu, nie jego użytkownikiem. Dane które przytoczono powyżej wskazują na drugą odpowiedź. Człowiek nie jest organizmem który wszedł w relację z siecią mikoryzową — jest organizmem który sieć mikoryzowa wyprodukowała, podtrzymuje i zasila w sposób ciągły, od pierwszego oddechu przez ostatni. Uznanie tego faktu nie umniejsza istocie człowieka. Zmienia jedynie adres pytania o to czym jest.
