Przez lata szukałem komórki, która patrzy. W latach dziewięćdziesiątych odkryto u małp neurony, które uruchamiają się, gdy zwierzę chwyta orzech, i uruchamiają się również, gdy widzi, że chwyta go ktoś inny. Nazwa „lustrzane” brzmiała jak obietnica adresu: tu mieszka ten, kto patrzy na siebie. Błąd polegał na tym, że wziąłem funkcję za narząd. Te neurony pokazują przynajmniej tyle, że układ nerwowy potrafi zestawić ruch własny z cudzym i uznać je za pokrewne, a to jest porównanie. Porównanie nie ma miejsca zamieszkania, bo dzieje się pomiędzy tym, co porównywane. Szukanie komórki było więc pytaniem zadanym w złej skali, i z tego błędu wyrosło wszystko, co tu piszę.

Porównanie zachodzi na każdej płaszczyźnie, nie tylko w mózgu. Słońce, które mnie razi, jest najprostszym przykładem: oświetla wszystko wokół i dostarcza energii, dzięki której cokolwiek widzę, więc jest naraz przedmiotem patrzenia i jego warunkiem. Zapach dymu przechodzi przez receptory, sensory zamieniają go na sygnał, kolejne warstwy układu zestawiają sygnał z tym, co znane, i na którejś z nich zapada rozstrzygnięcie, że to grozi albo że się przyda. Nikt go nie podejmuje, dzieje się w przejściu między warstwami, a najlepszym obrazem takiego przejścia są drzwi obrotowe: wpuszczają i wypuszczają naraz, i nikt nie jest w nich na stałe ani w środku, ani na zewnątrz. Ten sam bodziec da się zinterpretować na nieskończenie wiele sposobów, jedne służą, inne szkodzą, a rozpoznanie utrwala te, które pozwalają trwać. Kombinatoryka, która z początku wygląda na ślepe tasowanie możliwości, okazuje się więc rozpoznawaniem, a z układów, które się utrzymały, wyrasta zdolność uczenia się.
Każde porównanie zakłada granicę, a granice nie leżą w rzeczywistości jak kamienie. Podręcznik rysuje komórkę samotną, z wyraźnym konturem, na białym tle, tymczasem rzeczywistość jest ciągła i gęsta jak bigos: śluz, ocean mikroelementów, w którym trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Jednostka pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś wchodzi głębiej, z mikroskopem albo z uwagą, i zauważa, a zauważanie jest porównaniem w określonej skali. Z bliska widać komórki, z daleka tkankę, jeszcze dalej las, i w każdej skali granica biegnie gdzie indziej. Stąd ironia, którą zapisuję z przyjemnością: szukałem lustrzanej komórki za pomocą lustrzanego mechanizmu, bo szukanie wymaga narysowania granicy, a narysowanie granicy jest już porównaniem. Królestwa, gatunki i osobniki, które opisaliśmy, są wygodnymi mapami ciągłości, a nie jej częściami składowymi.
Jeśli rzeczywistość jest ciągła, to po zdjęciu granic zostają przepływy i zależności. Pod każdym drzewem w lesie żyje grzyb, który dostarcza korzeniom wodę i fosfor, a w zamian dostaje cukier wytworzony ze światła. Zwykle pytamy, czy to współpraca, czy wyzysk, jakby przyroda stosowała regulamin pracy, ale obserwacja pokazuje, że oba są prawdziwe naraz, a znak relacji zależy od tego, czego brakuje. Gdy drzewu brakuje fosforu, grzyb jest wybawcą, a gdy fosforu jest pod dostatkiem, staje się kosztem, i to samo połączenie zmienia nazwę zależnie od stanu zasobów. Trwają układy, które potrafią dostosować się do zmiany tego, co płynie, a reszta rozpada się razem z niedoborem. Pytanie o to, czy układ jest dobry, czy zły, okazuje się więc pytaniem o chwilowy stan substratu, a etykieta należy do obserwatora, nie do układu.
To samo dotyczy kierunku, i trzeba tu powiedzieć, co mam na myśli. Wszystkie białka na Ziemi zbudowano z aminokwasów skręconych w lewo, cukry w DNA skręcone są w prawo, jakby życie od początku wybrało rękę. Kuszące jest szukanie tu początku patrzenia, bo kierunek zakłada rozróżnienie, a rozróżnienie jest zalążkiem oka. Odrzucam to z dwóch powodów. Skrętność jest materiałem, w którym relacje się aktualizują, a nie sprawcą: chemicy potrafią zbudować białka z aminokwasów skręconych w drugą stronę i działają tak samo. Kierunku nie ustawił też nikt z zewnątrz, bo chodzi o skalę, a nie o instancję, która coś narzuca. Ziemia jest podukładem większego układu i jej ruch wynika z całości: wirowanie planet i ich obieg wokół Słońca odziedziczono po obracającym się dysku, z którego powstał układ słoneczny, z nielicznymi wyjątkami tłumaczonymi późniejszymi zderzeniami. W każdej skali część nosi ślad całości, w której tkwi. Że ten sam rodzaj zależności dotyczy skrętności cząsteczek, jest moją hipotezą, a nie wynikiem pomiaru.
Skoro materiał jest wszędzie ten sam, skąd bierze się ten, kto patrzy na siebie? Odpowiedź widzę w presji. Człowiek był pożywieniem, zanim został myśliwym, i ta pamięć siedzi głęboko w jego reakcjach. Gdy układ nie może uciec i nie może zostać, a przepychanka trwa przez wiele pokoleń, jak w ciasnym korytarzu, gdzie z jednej strony stoi ktoś, kto chce cię zjeść, a z drugiej ściana, powstaje trzecia możliwość: punkt, z którego widać obie strony naraz. Proces ten przypomina bujanie, próby i błędy, a nie wybuch, tak jak woda pod ziemią szuka ujścia i wypływa na powierzchnię jako jezioro. Potwierdza to dziecko: to, które rodzi się w świecie zagrażającym, rozwija wrażliwość, która rozumie, albo taką, która poluje, i mechanizm w obu przypadkach jest ten sam, zmienia się kierunek, w którym uciekło ciśnienie. Szympans jest świadomy, tylko jego presje miały inny kształt, więc między nim a nami widzę stopnie, a nie granicę.
W punkcie, w którym pamięć spotyka oczekiwanie, a bieg naprzód spotyka bieg wstecz, pojawia się pierwotne ja, jeszcze bez ego: spotkanie tego, co było, z tym, co nadchodzi, w jednym miejscu, które nazywamy teraz. Ego przychodzi później i jest czymś innym: narracją i schematem, predykcją ułożoną z tego, co okazało się możliwe albo niemożliwe. Z tego wynika, że większość tego, co nazywamy świadomością, jest opowiadaniem po fakcie, a ego pisze biografię i podpisuje się jako autor, choć przy zdarzeniu go nie było. Nie jest wrogiem, bo przewidywanie bywa użyteczne, ale staje się kłopotem, gdy opowieść zaczyna zasłaniać to, co się wydarzyło.
Język, w którym ta biografia powstaje, jest narzędziem wtórnym wobec obserwacji. Gdy go zabraknie, życie toczy się dalej, a funkcje pozostają nienaruszone, co widać u zwierząt, u niemowląt i w milczeniu, które niczego nie psuje. Obserwuję, że zdolność czytania ze zrozumieniem słabnie: gdy czytam literaturę sprzed wojny, a potem patrzę na dzisiejsze komunikaty, różnica jest wyraźna. Nie czytam w tym końca, tylko koniec pewnej fazy cyklu, po której kolejna zaczyna od zera, z rozpoznaniami już zapisanymi. Emotikon bywa kondensacją, i po co opisywać pierwsze promienie słońca wyłaniające się spośród drzew i rosę spływającą po trawie, skoro wystarczy 🍀🌞, o ile odbiorca ma poranek w sobie. Poranek można także namalować akrylami albo przeżyć w milczeniu, patrząc na to, co mnie otacza, i we wszystkich tych formach działa to samo: obserwacja. Forma jest drabiną, a pomyłka polega na braniu jej za dach.
Z obserwacji nie wynika jednak rozwój automatycznie. Patrzenie pozwala odkrywać, ale rozwija się to, co rozpoznało coś, co ma sens, i dotyczy to komórki tak samo jak lasu czy głowy. Rozwój wykracza poza obserwację, choć z niej wyrasta. Presja mu sprzyja, ale nie musi być dramatyczna: wystarczy szczelina, drobna możliwość, i woda idzie dalej, niosąc rozpoznanie, a po drodze tworzy nowe połączenia. Siłą nazywamy to, co się czuje: nacisk, głód, strach. Szczelina niczego nie wymusza, więc rzadko trafia na listę sił, a tymczasem ona rozstrzyga, którędy ciśnienie znajdzie drogę.
Szczelina jest więc miejscem, w którym pomiędzy staje się drogą. To, co w komórce porównuje i rozpoznaje, w skali lasu, głowy i gatunku otwiera się jako możliwość: wąski przesmyk w ścianie ciśnienia, przez który coś, co dotąd nie mogło, może przejść. Nasiono wschodzi w pęknięciu skały, bo tylko tam jest cień, garść ziemi i odrobina wilgoci, a jego korzeń rozsadza kamień, który wyglądał na największą siłę w okolicy. Pierwsze rozpoznanie, że to, co się porusza, jest czymś więcej niż pożywieniem, musiało przejść przez coś równie wąskiego. Nikt takiej szczeliny nie planuje i nikt jej nie otwiera, a mimo to każda droga, którą dziś chodzimy, była kiedyś czymś, co nie wyglądało na możliwość.
Ciśnienie czuje każdy. Szczelinę widać po fakcie. Skąd się wzięła, zanim było komu ją zauważyć? I co przechodzi przez nią teraz, nie czekając, aż ktoś to zauważy?


