Mała tyrania, wielki skutek

Wieczorem, w domu, ta sama rozmowa wraca po raz piąty. Nikt nie krzyczał, nic nie zniknęło z kieszeni, nie ma śladu, który dałoby się pokazać, a jednak szczęka jest zaciśnięta, barki przy uszach, w piersi coś, co nie chce opaść. Człowiek układa w głowie zdanie, które powinien był powiedzieć, potem drugie, które powiedział za ostro, potem trzecie, które miałoby wszystko rozstrzygnąć, i odrzuca je wszystkie. Opowiada komuś tę historię i słyszy: „no, to tylko sklep”. Z tym zostaje: z poczuciem krzywdy bez dowodu, z ciałem, które dalej stoi przy ladzie, i z samotnością, jaką daje niesprawiedliwość bez świadków. Sklep jest tu jednym z przykładów lady, bo ten sam układ powstaje wszędzie tam, gdzie ktoś ma władzę nad drzwiami, biurkiem albo okienkiem, a po drugiej stronie staje nie człowiek, tylko petent, klient, pacjent albo student, czyli ktoś, kto czegoś potrzebuje i na kim można się wyładować: w urzędzie, w warsztacie samochodowym, w biurze, w poczekalni u lekarza, w izbie przyjęć, w sekretariacie na uczelni. Najczęściej trafia się na to w sklepie, po prostu dlatego, że tam chodzi się najczęściej.

Trudno to opowiedzieć, bo mechanizm jest zbudowany tak, żeby nie dało się go opowiedzieć. Każdy gest z osobna jest do obrony: towar się skończył, ktoś nie dosłyszał, pomylił półkę, nie zauważył. Razem tworzą ciąg, który widzi tylko ten, kto go przeżywa, a słuchacz dostaje same pojedyncze klocki i słusznie pyta, o co chodzi. Gdy ciąg przerwie jedno zdanie, grzeczne w formie i ciężkie w treści, zaczynające się od „przepraszam, ale czy”, historia przechodzi w ręce drugiej strony: od tej chwili to klient jest tym, kto zaczął, a wszystko przedtem zamienia się w tło. To ma swoją nazwę, starą i polską: szykana. Człowiek sam ze swoją krzywdą często nie wie nawet, że ma ona nazwę. Wie tylko, że ciało mówi coś, co głowa uznaje za przesadę.

Temu, kto szykanuje, zbędna jest sprzedaż i obojętne jest wyjście sfrustrowanego klienta. Potrzebuje skutku widocznego na twarzy: złości, prośby, zawstydzenia, czegokolwiek, co potwierdzi, że scena się odbyła i że ktoś ją prowadzi. Kto tego skutku nie daje, kto powtarza jedno zdanie spokojnie i tym samym tonem, odbiera tej grze jedyną walutę, a przedstawienie bez widowni rzadko milknie, częściej podnosi głos. Furia rośnie, bo wycofanie się byłoby przyznaniem, że wszystko było na pokaz, więc pojawia się fabuła uzupełniająca: klient jest pijany, klient jest agresywny, klient obraża. Szykanują, bo mogą, i tylko tam, gdzie mogą. Wystarczy, że ktoś dostał do rąk klucz, ladę albo biurko, a stojący naprzeciw przestaje być człowiekiem i staje się petentem, czyli kimś, kogo można bezkarnie poniżyć, nie ponosząc żadnych kosztów. Ta sama osoba, która trzyma klienta przed ladą jak przed bramą, wobec kierownika jest barankiem. Prawdziwy drapieżnik nie pyta, kto stoi naprzeciw, bo jego siła pochodzi ze środka, a ta pochodzi z lady i znika razem z nią, po zamknięciu sklepu, w drodze do domu. Drapieżnictwo w godzinach otwarcia, polowanie na zwierzynę, która nie odgryzie.

Wyjaśnienie bywa życzliwe i prawdziwe: ma ciężko, praca za grosze, w domu nikt go nie dostrzega, świat produkuje lęk taśmowo. Wszystko to jest ciśnieniem, a ciśnienie tłumaczy, że para szuka ujścia, ale nie tłumaczy wyżywania się na drugim człowieku. Każdy ma swoje nieszczęście, prawie nikt nie wystawia go jako rachunku obcemu człowiekowi w kolejce. Powód nie jest usprawiedliwieniem, a kto wyszedł ze sklepu z poczuciem winy, ma prawo nie rozumieć nikogo. Zrozumienie może przyjść później, jako dar, nie jako warunek.

Ciało zna swoją część tej historii lepiej niż głowa. Układ nerwowy przygotował się na reakcję, której nie było: serce przyspieszyło, mięśnie napięły się do odpowiedzi, a odpowiedź nie nastąpiła, bo klient był grzeczny, spokojny, w cudzym miejscu. Napięcie nie ma dokąd odpłynąć i zostaje. To nie słabość i nie przesada, tylko fizjologia kogoś, komu odebrano coś podstawowego: bycie traktowanym jak ktoś, kto istnieje. Badania nad bólem społecznym sugerują, że odrzucenie i lekceważenie angażują część tych samych obszarów mózgu co ból fizyczny, i choć hipoteza ta bywa kwestionowana, pasuje do tego, co ciało robi po takiej scenie.

Do ciała i bezsilności dochodzi to, o czym mówi się najrzadziej, bo towarzyszy temu wstyd: złorzeczenie. Po krzywdzie pojawia się złość, a razem z nią życzenie, żeby tamtemu coś się odwróciło, żeby poczuł choć ułamek tego, co zostawił. Nie jest to plan zemsty ani chęć zrobienia komuś krzywdy, nikt tu nie szuka naprawy ani sprawiedliwości, to raczej przekleństwo wypowiedziane w duchu, krzyk bólu, który przybrał kształt życzenia. Otoczenie odpowiada na to zwykle radą: opanuj się, zachowaj spokój, bądź ponad to. Rada brzmi rozsądnie i trafia zawsze pod ten sam adres, bo sprawca zdążył już wrócić do swoich spraw, a ten, kto zostaje z bólem, zostaje też z obowiązkiem jego wygaszania. Tymczasem złość po niesprawiedliwości jest reakcją starą: w eksperymentach nad karą altruistyczną ludzie chętnie karzą tych, którzy łamią reguły uczciwości, nawet własnym kosztem, a badacze wiążą to z negatywnymi emocjami wobec łamiącego zasady. Cywilizacja zastąpiła ten odruch sądem, mandatem i księgą skarg, ale to, co w człowieku zostało po stronie dzikiej, nie dostało zamiennika i czeka w gardle. Złość jest dowodem, że poczucie sprawiedliwości działa, a życzenie, żeby tamten poczuł, pozostaje życzeniem aż do chwili, w której ktoś je wykona.

Zostaje poczucie niesprawiedliwości, które bez zrozumienia ze strony kogokolwiek przeradza się nie w zemstę, tylko w krzyk rozpaczy. Przychodzi moment, w którym chciałoby się tego pozbyć, i okazuje się, że siedzi w ciele głębiej, niż sięga wola: u jednych kilka dni, u innych miesiące, odbierając spokój przy kolacji, w drodze do pracy, o trzeciej nad ranem. Człowiek szuka rozwiązania, drąży w tej niesprawiedliwości jak w zębie i nie znajduje go, bo rozwiązania w sensie ścisłym nie ma. Walka byłaby uzasadniona i prawnie, i moralnie, a mimo to bez sensu, i rozum wie o tym od początku. Uczucie nie słucha jednak rozumu, który ogłasza, że sprawa nie jest warta zachodu, i trzyma akta otwarte: nocna rozmowa z tamtym człowiekiem jest próbą wymuszenia wyroku, którego nikt nie wyda. Badania nad ruminacją, prowadzone głównie na obniżonym nastroju, pokazują, że u osób już przygnębionych natrętne wracanie do przyczyn i skutków pogłębia ten nastrój i utrudnia rozwiązywanie problemów, co pozwala przypuszczać, że z drążeniem krzywdy bywa podobnie: im usilniej człowiek próbuje zamknąć sprawę myśleniem, tym częściej ją otwiera. Niektóre sprawy kończą się nie rozstrzygnięciem, tylko tym, że ciało w końcu przestaje na nie reagować, i nikt nie umie z góry powiedzieć kiedy.

Najbardziej boli chyba to, że rację ma się za darmo. Prawo zna swoje narzędzia dla każdej branży osobno, od sklepu przez urząd po szpital, a mobbing, choć przywoływany najczęściej, chroni wyłącznie pracownika i wymaga długiego trwania, podczas gdy tu człowiek bywa przy ladzie pięć minut. Żadne z tych narzędzi nie sięga drobnej, powtarzalnej pogardy wobec kogoś, kto przyszedł po zwykłą rzecz, a nikt nie wzywa policji do sklepu dlatego, że ktoś udaje, iż produktu nie ma. Państwo i prawo mają porządkować życie wspólne i na papierze robią to dokładnie, a w praktyce ludzie robią, co chcą, bo koszt dochodzenia racji przewyższa wartość krzywdy i sprawca dobrze o tym wie. Większość takich zdarzeń kończy się więc, jak to mówią, z kwitkiem, a mała tyrania trwa w najlepsze i ma się dobrze, żyjąc w strefie poniżej progu, od którego ktokolwiek się nią zajmie. Bezsilność jest dokładnie tym, czym się wydaje: stanem, w którym racja i skutek się rozeszły. Nazwanie rzeczy po imieniu: szykana, nie nieporozumienie, daje przynajmniej kawałek gruntu, bo kto ma nazwę, ma za co się chwycić, a kto wie, że ten sam mechanizm działa wobec wielu ludzi przy tej samej ladzie, przestaje szukać winy w sobie. Samotność tej krzywdy jest w dużej części złudzeniem optycznym: każdy z tych ludzi opowiada ją osobno, w domu, wieczorem, komuś, kto mówi „to tylko sklep”.

Cena jest wyższa niż towar czy opłata urzędowa, bo płaci się nią snem, żołądkiem i wahaniem przed następną wizytą. Nie ma na to danych, ale można przypuszczać, że część ludzi coraz rzadziej chodzi tam, gdzie trzeba kogoś o coś prosić, i klika w internecie, bo nie ma ochoty na kolejną lekcję pogardy przy ladzie. Badania nad drobną, codzienną nieuprzejmością w pracy pokazują, że rozmyślanie po fakcie wiąże się z gorszym snem, a złe traktowanie wraca potem do domu i dosięga domowników, bo kto sam bywa podkopywany, częściej podkopuje innych. Mała tyrania rozmnaża się przez pączkowanie, a sprawca nie widzi własnych skutków, bo nie wracają do lady, tylko rozchodzą się po mieście.

Jedno zdanie warto zabrać do domu, bo nikt go nie unieważni argumentem, że tamten człowiek też miał ciężko. To, co ci zrobiono, mówi o tamtym człowieku i o tamtej chwili, a o tobie nic. Ubytek jest realny: czas, nerwy, spokój w niedzielny wieczór. Wartość zostaje tam, gdzie była.

O takich ludziach mówi się: mali ludzie. Miarą nie jest wzrost, stanowisko ani pensja, tylko sposób, w jaki ktoś stoi: mały jest ten, kto potrafi stać wyłącznie na cudzej głowie i nie potrafi stać obok, na własnych nogach, na tej samej wysokości co drugi człowiek. Każdy, kto sięga po taktykę pomniejszania drugiego, należy do nich w tej chwili, niezależnie od powodów, bo potrzebuje cudzego uszczerbku, żeby poczuć własny wzrost. Kto ten uszczerbek dostaje, pozostaje tym, kim był. To nie ty jesteś małym człowiekiem, gdy ktoś usiłuje cię pomniejszyć.

Nie jestem superbohaterem, którego takie rzeczy omijają. Upokorzenie wywołuje we mnie to, co w każdym normalnym człowieku: ciało się zaciska, głowa wraca do sceny, pojawia się złość i to życzenie, o którym była mowa wyżej. Na końcu jednak dociera do mnie jedno: te podłe uczucia ode mnie odejdą, a człowiek, który je wywołał, zostaje z tym, czym jest, czy o tym wie, czy nie, bo to, co robi przy biurku czy zza lady mieszka w nim także po pracy i odbija się w jego codziennym życiu. To jest moja cicha satysfakcja, i nie jest to satysfakcja pełna, bo wiem, że ten sam człowiek usiądzie jutro przy tym samym biurku naprzeciw kolejnego, który nie wie jeszcze, że to nie o nim.

Mali tyrani powodują wielkie szkody, wydaje się, że dzieje się to z przyzwoleniem społecznym i tendencją wzrostową. Remedium: rozpoznając scenę jako szykanę, warto uświadomić sobie, że to nie jest twoje przedstawienie. Idąc do teatru, nie spierasz się z aktorami podczas trwania spektaklu i nie wykrzykujesz, że tę scenę należy zagrać inaczej. Gdy czujesz, że tama w tobie za chwilę pęknie, to właściwy moment by niezwłocznie szukać tabliczki z napisem „Wyjście”. Angażując się w ten spektakl, robisz to kosztem własnego zdrowia. Tam, gdzie wyjść się nie da, czym mniej słów i mniej twojego zaangażowania, tym mniej twojego paliwa w tej scenie — szykany to nie zatrzyma, ale w moim doświadczeniu skraca okres regeneracji i powrotu do siebie.

Scroll to Top